piątek, 7 grudnia 2012


            ZADUSZKOWY MARKOBRODACZO  CZYLI POGRZEB KOTA.


Zdarzyło się to już dawno, gdzieś w okolicy Zaduszek, ale dopiero teraz przystępuję do opisania tej historii, bo to były straszne przeżycia i jeszcze teraz resztki włosów powstają mi na głowie kiedy przypomnę sobie te  chwile. Ale uprzedzam osoby o słabszych nerwach, aby nie czytały tego tekstu, bo będę opisywał rzeczy straszne i przerażające i może się w mozgach pomieszać od tego, a wariatów już i tak ci u nas dostatek.
Ludzie, ludzie, powiedzcie mi czemuż to ja mam tak przechlapane? Ciągle muszą mi się przytrafiać jakieś niesamowitości. Na ten przykład pewnego razu w późnojesienny wieczór, normalnie jak człowiek poszedłem do Syperkowej świetlicy, normalnie, jak człowiek wypiłem kilka piw, bo każdy normalny człowiek musi wypić kilka piw, żeby jako tako w tym filipowskim społeczeństwie przetrwać, bo przecież na trzeźwo tu żyć się nie da. Kiedy wyjdę trzeźwy na ulicę to patrzeć na ludzi nie mogę. A jak trochę wypiję to i owszem, nawet lubię, a jak troszkę więcej wypiję to jeszcze bardziej lubię, a jak jeszcze więcej wypiję, to nawet kocham tych ludzi, a jak już się całkiem ubzdryngolę to kocham cały świat, nie tylko ludzi ale i roślinki, zwierzątka, normalnie wszystko. No i może wypiłem trochę więcej niż te kilka piw i uznałem że już wystarczy by  pójść zmierzyć się ze światem.
            I poszedłem.
Idę sobie, parę kroków zrobiłem, patrzę, a tu na tym paskudnym zakręcie, co tyle przeżył stłuczek, karamboli i wypadków leży rozjechany kot.
Żal mi się go cholernie zrobiło, bo czymże się nasze życie różni od życia takiego kota? Nikt z nas nie wie, jaki go czeka koniec. Nas to przynajmniej pochowają, a ten tu leży i nikt się nim nie zajmie. No chyba że ja. Wziąłem tego nieszczęsnego kota i poszedłem pochować go na mariawickiej łące. Po drodze zaszedłem do Firka bo pomyślałem sobie tak: ludziom do grobu wkładają różne jego ulubione rzeczy, wojownikowi broń, muzykowi gitarę, zwykłemu człowiekowi to chociaż różaniec i święty obrazek, a czy taki kot też by nie chciał czegoś mieć?  A co może być dla kota ulubionego?  Pewnie że kiełbasa! No to poszedłem po tą kiełbasę.
Lubię czasami zajść do Firka, bo tam takie fajne dziewczyny stoją, jedna czarna, druga blondynka (Ech, żeby ja był trochę młodszy! Ale chociaż popatrzeć to też przyjemnie)  i mówię do nich:„Dajcie mi kawałek kiełbasy na pogrzeb kota, przejechali biedaczka, pochować go trzeba...” i podtykam im te  kocie truchło pod nos. Skrzywiły się, popatrzyły tylko po sobie wymownie myśląc zapewne: „Markobrodaczowi znowu odbiło; ten jak się nachla,  to zawsze coś durnego wymyśli”, ale kiełbasę sprzedały. Klient nasz pan. Nawet jakieś pudełko po butach mi dały na kocią trumnę. A myśleć mogą co chcą. Cóż znaczy te ich głupie myślenie wobec spraw ostatecznych, wobec życia i śmierci, wobec wieczności i nieskończoności.
Siadłem na trawie koło krzyża, kota położyłem obok, grób mu pazurami wygrzebuję i tak sobie ponuro rozmyślam: ”Ech nędzne te życie, cóż po nas zostanie, tylko pamięć... A jaka to pamięć? Ot, niedaleko stąd, jakiś czas temu zmarł człowiek... Zmarł? Zdechł jak ten kot, nikogo przy nim w chwili śmierci nie było, nikt go nie potrzymał za rękę, nikt za nim nie zapłakał, wręcz przeciwnie, wielu pewnie odczuło ulgę. Nawet nikt jego imienia nie znał. „Szeryf” na niego wołali, bo jak się napił, a pijany był zawsze, to rządził całym Filipowem, śpiewał na całe gardło maszerując środkiem ulicy za nic mając jeżdżące samochody, przekleństwa kierowców i pogardliwe spojrzenia przechodniów. Ile razy samochód go potrącił, ale zawsze wychodził z opałów i dopiero tu go śmierć dopadła. A przecież i on miał matkę, która go na rękach nosiła, kołysanki śpiewała, serdecznie kochała i wielkie nadzieje z jego przyszłością  wiązała!!!
 Albo Zenon Sz.  Mocarz z niego był, byki o północy po cmentarzach prowadzał, do swojej ulubionej na trzecie piętro po piorunochronie chadzał i też sczezł gdzieś w kącie.
A „Generał” który nie opuścił żadnego meczu „Rospudy Filipów” albowiem wiedział, że tam może drzeć się i hałasować bez strachu, że go policja zamknie? Toteż wył jak stado kojotów, trąbił na trąbkach i robił więcej zamieszania niż stu przeciętnych kibiców.
 A ten, któremu życie w Filipowie tak dojadło, że wbił sobie szydło w serce?
 A ten (też bodajże Zenon mu było na imię) który z dachu na głowę skoczył? I nikt ich za bardzo nie żałował „ zapił się, zdurniał” mówili. A przecież każdy z nich miał jakieś marzenia, jeden studiować zaczął, drugi zakochał się bez pamięci, inny zaś wielki talent do kamienia miał, nikt nie umiał obrabiać kamienia tak jak on, ale wszystkich dopadł ten filipowski spleen, co duszę zatruwa i tylko wódka pocieszycielka jest jedynym lekarstwem na to, ale i ona w końcu zdradza i gdzieś na sznur, albo zwyczajnie w błoto prowadzi.
I wielki żal mnie ogarnął za tym wszystkimi zapitymi, powieszonymi, niechcianymi że zacząłem  wołać ich wielkim głosem:
 „Przybywajcie!
 Przybywajcie na wielką ucztę, na stypę, na koci pogrzeb!
Przybywajcie odrzuceni!
Przybywajcie zapomniani!
Przybywajcie za życia wyśmiewani i pogardzani!
Przybywajcie odepchnięci!
Przybywajcie na nie święconej ziemi pochowani!
Niech przyjdą wszyscy ci, którym nikt nie chce jednej świeczki raz do roku na grobie zapalić!
Przybywajcie!
I zdało mi się, że mgła wokół zaczęła gęstnieć i zewsząd, od strony cmentarza, gdzieś z bloków, gdzieś od Mieruniszk, Starego Młyna, zewsząd zaczął ciągnąć korowody ,procesje, długie szeregi widmowych postaci. Zdawało mi się że już zaczynam rozróżniać swoich znajomych, szedł rozmachany „Szeryf”, Zenon Sz. jakby trochę zadumany, roześmiany Zenek….
 I wtedy nagle…
I wtedy nagle te przebrzydłe kocisko się ocknęło, porwało kiełbasę i tylem go widział.
Czar prysł.
            Mgła się rozwiała a ja stwierdziłem, że siedzę jak ten dureń z brudnymi pazurami przy dołku w ziemi i rozmoczonym pudełku po butach. Zerwałem się zaraz, żeby wilka nie dostać bo mi całkiem spodnie na dupie przemokły i  ruszyłem zły przed siebie. Zgniewała mnie ta cała historia z kotem zwłaszcza że ostatnie grosze na tę jego kiełbasę wydałem, a do tego od siedzenia na mokrej ziemi trzeźwieć zacząłem. „Ech”- pomyślałem - „pójdę do
”Dżiniki”, może kto podratuje…”
Ale jak coś się spierdoli, to już musi się spierdolić do końca.. Szedłem przez park kiedy mi pod nogi podwinął się jakiś kot. Jakiś drugi kot, bo to już taka pora była, że tylko koty i Markobrodacze się włóczyły. I nie można się chyba dziwić, że będąc w takim stanie ducha, po takich przejściach kopnąłem tego kota tak, że wyleciał w powietrze, rąbnął łbem w obelisk i padł. Ale ten przynajmniej był na tyle uczciwy, ze durnia nie walał, trupa nie udawał, tylko od razu się zerwał i przeraźliwie miaucząc przepadł gdzieś w mrokach nocy, jak powiada poeta. I okazało się że bynajmniej nie tylko koty i Markobrodacze włóczą się po nocy, bo gdzieś od gminy lazła jakaś kobieta. Kobieta? Babsztyl wredny. I jak się nie rozedrze:
-         Ach ty pijaku, ty smrodzie, żeby ciebie tak ktoś w dupę kopnął, żebyś ty zdechł, żebyś ty jutra nie doczekał, ty szmato, dziadzie śmierdzący!
Widzicie ją. Miłośniczka kotów się znalazła. Bratnia dusza można powiedzieć. Jak piznąłem w tą bratnią duszę kamieniem, to dobrze, że się uchyliła, bo niewątpliwie bym ją na tym chodniku rozciągnął. Kobiety jednakowoż są mniej żywiuszcze jak koty. I głupsze na dodatek, bo ta zamiast pójść kocim śladem i spieprzyć to tylko cofnęła się poza mój zasięg i dopiero zaczęła mordę drzeć:
     -      Morderca! Zabić mnie chciał! Policja! Ludzieeeee, łapać mordercę!!!
No tak. O „Dżince „ można było zapomnieć, bo już światła w oknach się zaczęły zapalać. Jeśli mieli by mnie gdzie szukać to najprędzej tam. Za babą ganiać się nie będę, zwłaszcza że od tego siedzenia na mokrej ziemi nogi mi zdrewnieli. Rad niewola musiałem czmychnąć na Baraki i okrężną drogą wróciłem do swojej chałupy, gdzie na wszelki wypadek kilka dni przesiedziałem o suchym pysku nie wychylając nosa poza próg.
Od tej pory znienawidziłem koty. Lojalnie ostrzegam cały koci ród, żeby mi się pod nogami nie plątał, bo może być z nimi źle. Tylko muszę się rozejrzeć, czy nie ma w pobliżu jakiejś baby.

Copyright byMarkobrodaczo. All rights reserved. Filipów , grudzień 2012

wtorek, 27 listopada 2012


KOBIECA LOGIKA CZYLI OPOWIEŚĆ NIEZNAJOMEGO


             Wyszedłem na spacer. Jak co dzień robiłem poranny obchód Filipowa. Och, ileż ja się w życiu  nie nakombinowałem z tym spacerem! Szedłem na prawo, szedłem na lewo, szedłem wprost i szedłem wspak i szedłem szlakiem bunkrów powojennych i  szlakiem  bitew przegranych i szedłem szlakiem jezior  i szlakiem spływów kajakowych! I na cmentarze, chociaż mi tam wcale niespieszno. Ale w jakimkolwiek kierunku bym nie szedł, jakakolwiek idea by mi nie przyświecała, jaki cel chwalebny i tak zawsze w końcu lądowałem u „Magdalenki”,  przy stoliczku na świeżym powietrzu za wysokim płotem.
             Ale dzisiaj  zaparłem się, powiedziałem sobie: „Nie, dzisiaj do „Magdalenki” nie pójdziesz! Dzisiaj jest niedziela, dzisiaj pójdziesz do kościoła!” I nawet specjalnie oczy zamknąłem przechodząc przez park, bo przecież znam te filipowskie drogi na pamięć i kiedy mi z rachunku wyszło, że powinienem stać już przed kościołem otworzyłem oczy i co? Okazało się, że stoję przed „Magdalenką”, a Pani Właścicielka o Płomiennych Włosach zaprasza serdecznie lekko schrypniętym głosem: „No właź, mordo zapijaczona, dzisiaj wyjątkowo przy niedzieli na zeszyt wpiszę”.
I co ja mogłem zrobić? Co począć? Powiedzieć że idę do kościoła? Sprzeciwić się? Ooo, widziałem już takich, którzy próbowali dyskutować z Panią o Płomiennych  Włosach, a potem orali mordą po asfalcie i uciekali jak niepyszni, szczęśliwi, że chociaż na urodzie stracili, to życie zachowali. Bo ta pani ma wielkie, gorące i dobre serce, płomienne włosy i takiż temperament. Ja głupi nie jestem. Westchnąłem tylko nad swoim przeznaczeniem, pokornie przyjąłem wielki dar ducha, piwko (zimne! Prosto z lodówki!)i usiadłem w altance. Sączyłem je powoli, żeby na dłużej starczyło, bo akurat chwilowo cierpiałem na brak gotówki. Ta chwila trwa już chyba z pięćdziesiąt lat, no ale cóż to znaczy wobec wieczności i nieskończoności.
Po jakimś czasie usiadł obok mnie jakiś facet, ot taki jak wielu, nic nadzwyczajnego, z gęby całkiem do nikogo niepodobny, tyle, że strasznie jakiś taki zamyślony był. Nawet nie zapytał mnie normalnie, kulturalnie i retorycznie, czy może przy mnie usiąść, tylko od razu dorwał się do tego swojego piwa, a wzrok mu błądził gdzieś daleko w nieprzebytych przestworzach. Coś tam mocno w tej głowie kombinował, aż mu  kopułka się podnosiła i czacha dymiła, ale wypił jedno piwo, potem drugie i przy trzecim spostrzegł, że nie sam siedzi. A piwo to jest cudowny napój, który łagodzi ból istnienia, zbliża ludzi i rozwiązuje języki więc i on do mnie odezwał się tymi słowy:
 -    Panie, nigdy nie zrozumiem kobiet. Na ten przykład moja żona. Bo widzisz pan, ja mam żonę...   
-     Są gorsze nieszczęścia na tym świecie – rzekłem by go pocieszyć, ale on widocznie nie pociechy chciał, tylko chciał się po prostu wygadać, bo tylko machnął  niecierpliwie na mnie ręką, więc już mu nie przerywałem.
-     ...mam żonę i żyjemy ze sobą normalnie, jak wszyscy już chyba ze dwadzieścia lat, czasami się kłócimy, czasami lubimy, ale żeby tak ją zrozumieć, to nie, nie da rady. Podam panu przykład. Ja, na ten przykład, nie za bardzo porządny jestem, ot, jak gdzieś coś rzucę, to leży i mnie nie przeszkadza, na głowie nie leży, a moja żona to straszna pedantka jest, wszystko ma być na swoim miejscu, nic nie może się zmarnować, panie, ona nawet taką wyciskarkę do pasty do zębów kupiła, żeby się nic nie zmarnowało i mnie do mycia zębów zmusza, nie, ja brudas nie jestem, kulturalny ze mnie człowiek, zęby myję, ale to normalnie, jak gdzieś wychodzę, ale ona mnie każe myć zęby po każdym jedzeniu i jeszcze sprawdza czy szczoteczka jest mokra, czy naprawdę umyłem te zęby, widzisz pan, niby taka oszczędna, wyciska tubkę do imentu, a tu taka niegospodarność, no po co tak często te zęby myć, toż to można szkliwo zedrzeć, a i pasta nietania, jakaś tam blendamenda, o , bo, ona wielka pani jest, byle czego do gęby nie włoży, nie, nie! No i widzisz pan, niby gospodarna, a taka rozrzutna, gdzie tu sens, gdzie tu logika?
Tu pociągnął tęgi łyk piwa i dalej ciągnął swą opowieść:
- Albo więcej panu powiem, ona taka porządna jest, wszystko na swoim miejscu, ale nigdy nie pamięta, gdzie swoją torebkę zostawiła. Co ona ma w tej torebce, to sam pan wiesz, jak to u baby, ja tam nie zaglądam, ale ona nieraz przy mnie tam grzebie, to aż dziw bierze, jak się to tam mieści, jakieś pudełka, pudełeczka, notesiki, guziki, smarowidła, portfeliki, chusteczki, diabli wiedzą co jeszcze, ale ja nie o tym, to każda tak ma, ale ona wiecznie gdzieś tą torebkę zostawia. No i raz mówi do mnie:
-     Idź, przynieś moją torebkę z pokoju, leży na stole.
Szukam.
Nie ma.
-     No to zobacz pod stołem.
Nie ma.
 -    Och Boże, co za ciamajda, czy ty choć raz w życiu coś znalazłeś?.
 -    Ciebie znalazłem    próbowałem zażartować, chociaż już mnie nerw chwytał, a ona mi na to:
-     Gówno prawda, żebym ciebie do łóżka nie zaciągnęła, to do dziś byś jak ten dureń sam siedział.
 No i tak od słowa do słowa, pyskówka już leci ostra, przetrząsam ten nieszczęsny pokój w te i z powrotem, a ona w pewnym momencie mówi:
-         Idź, Wojtek, przynieś torebkę z kuchni, stoi przy wersalce.
Bo my syna mamy, Wojtek mu na imię.
Zesłabiło mnie. Usiadłem. Policzyłem do dziesięciu, potem wspak a potem jeszcze raz do dziesięciu, dychnąłem i mówię cicho:
-     Kobieto, toż ja już godzinę ten pokój przewalam, już prawie deski zacząłem odrywać, już termin rozwodu przez tą zasraną torebkę prawie ustalony, a ty teraz mówisz, że ona w kuchni?
A ona na to:
-     A tam, ty i tak byś nie znalazł.
Bo kobieta zawsze, panie, musi mieć ostatnie zdanie, taka już jej natura.
Zadumaliśmy się nad zawiłościami natury kobiecej, pociągnęliśmy po łyczku, a on opowiadał dalej:
-     Wszystko u niej poukładane, obrusiki, talerzyki, zasłonki i pamięta, gdzie co pięć lat temu położyła, ale na ten przykład jak przyjdzie z pracy, to w pierwszym rzędzie zdejmuje zegarek. I kładzie go byle gdzie i nigdy nie pamięta, gdzie położyła. No i raz z rana siedzi w przedpokoju, a że buty miała już nałożone, więc zaczęła nas ganiać za tym jej zegarkiem. Latam ja, lata Wojtek i Piotr biega, bo my jeszcze starszego syna mamy, Piotr mu na imię, a tego cholernego zegarka nie ma. Ani przy zlewie w kuchni, bo tam najczęściej zostawia, ani przy bidecie, ani na półce, atmosfera coraz bardziej nerwowa, dzieci do szkoły, my do roboty, a ona wrzeszczy: „ Dawajcie ten zegarek! Już za piętnaście ósma!” No to my zwiększamy obroty, pod tapczan zaglądam, bo może spadł, a tu nagle słyszę, że ona się śmieje, żeby  się śmiała, normalnie aż zanosi się ze śmiechu.
„ No, nie” -  myślę sobie – „tego jeszcze brakowało, musi co zwariowała”.
 Pędzę bez tchu do przedpokoju, patrzę, a ona się tak się śmieje, że aż  słowa wykrztusić ze śmiechu nie może, łzy jej ciekną po policzkach i pokazuje mi na zegarku, że już za piętnaście ósma, a zegarek u niej na ręku...
            No i co pan powiesz?
-     Hm, - podrapałem się po brodzie - co ja mogę powiedzieć, dzięki  Bogu, ja takich problemów nie mam, jak mnie się kobyła znarowi, to smagnę batem i spokój.
Wtedy on się, nie wiem czemu, strasznie zdenerwował i powiedział, że jego żona to nie kobyła, że on ją bardzo kocha i sobie wyprasza.
-       Pewnie, żona to żona, a kobyła to kobyła – usiłowałem wyjaśnić nieporozumienie, ale on już mnie nie słuchał, tylko wstał i , jak by powiedzieli nasi bracia Rosjanie, ”wniezapno udarił mienia w gaławu i uszoł w piezdu”, co w tłumaczeniu na nasze znaczy tyle, że podbił mnie prawe oko i oddalił się w nieznanym kierunku, ewentualnie odszedł w siną dal, to już jak kto woli. Zginął w każdym bądź razie w pomroce dziejów, a mnie zostawił z obitą gębą. Dobrze chociaż, że piwa nie dopił. Prawie całe pół butelki zostało. 
No i powiedz, kochany ludu filipowski, za cóż ja znowu po mordzie oberwałem! Za miłość? Za babę, której na oczy nie widziałem i obym nigdy w życiu nie oglądał? A niech ją kaczki pobodą! A niech tam się, skurwysyny, kochają jak chcą, po co od razu niewinnemu człowiekowi gębę obijać?
Tylko nic nikomu nie opowiadajcie, bo jak ten chłop się dowie, że się nieładnie o jego kobiecie wyraziłem, to niechybnie wróci i całkiem mnie zatłucze.
                                                 
                                                      KONIEC

czwartek, 25 października 2012


MARKOBRODACZO I KAPIELISKA UZDROWISKOWE
ewentualnie
MARKOBRODACZO I UZDROWISKA KOMPIELISKOWE


   Ładny deszczyk popadał, ciepły i rzęsisty a to, lekka mgiełka uniosła się nad łąkami, wiec pomyślałem sobie, a może tak by się wykapać? Niby to już październik a ciepło nad podziw. Do Kamiennego daleko, wanny w domu nie posiadam, a tak naprawdę to nawet nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek posiadał, ale od czasu do czasu korzystałem z wanny na świeżym powietrzu, którą jakiś litościwy człowiek ustawił ją dla mojej potrzeby na swojej łące. I tak sobie ide i dojszłem i się położyłem. W wannie. Leże i patrzę że wcale nie w wannie  ale na ziemi. A przecież  sem szedł normalnie odruchowo na lewo krzaczki na prawo pagórek tu trzeba duży kamień ominąć no i hop! - do wanny. A tu ni chuja. Niby wszystko normalnie a wanny nie ma. I szedł jak trzeba i hop zrobił i na ziemi wylądował. A  tylko smutne krowie pyski dookoła i oczy pełne wyrzutu bo ta wanna to też jako poidło dla krów służyło,  taka uniwersalna wanna a  tu ani wanny ani poidła tylko jakiś smutek przedwieczny w krowich oczach i bezmuzgowie (A tak, a tak! Bezmózgowie przez „u” zwykłe! Jakieś  szaleństwo! No , ale z drugiej strony, toż to przecież zwykłe krowy) i jakaś wielka pretensja. A co ja winien? Ni ma wanny. Dziwna sprawa.

    I ja tu przetrzeźwiał po raz pierwszy.

   No trudno, myślę sobie, nie ma wanny nie ma kąpieli, to chociaż krowiego mleczka się napjie więc muuuuwię (coś jednak od tych krów załapałem) do pierwszej  z brzegu: Doobra Mućka, dobra.. i do sutka się przyssssysam, a tu niestety mleczka zero. Jałowa jakaś. Ale ciągam i ciągam, sutek taki jakiś twardy się zrobił i długi na pół metra  a mleka ani ciut ciut, tylko coś jakby śmietana pociekła, ale wcale niedobra. Jakaś zjełczała. Zdziwiłem się, zastanowiłem, patrzę, a tu cycki niby dwa, ale małe, za to sutek jeden, a duży jak jasna cholera.

    I wtedy przetrzeźwiałem po raz drugi.

   Wyczołgałem się z pod tej niby krowy, poklepałem ją po grzbiecie i mówię: „.Sorry, Muciek zajszła historyczna omyłka, nie bierz tego osobiście do siebie, zdarza się..” i coś tam plotę i dupą w tył, dupą w tył, a pot mnie cieknie  po plecach, ale Muciek nic, tylko tak jakoś dziwnie na mnie spojrzał i machnął ogonem. Albo jakiś nowoczesny, albo też bez tą wannę całkiem zgłupiał.
   Wydostałem się z tego pastwiska, odetchnąłem, idę przed siebie, mgły się wokół snują  jakaś taka szarówka i  nie wiedziałem czy to ranek czy wieczór nastaje. Wielka cisza dookoła i tylko w oddali stłumione poszczekiwanie psów i jakoś tak mi dziwno i nieswojo się zrobiło. A może to całkiem nie Filipów? – pomyślałem Kroczyły  obok mnie jakieś drzewa, jakieś krzaki, ale przecież takie drzewa i krzaki są wszędzie. Lazłem przez wzgórza i pagórki ale taki teren to przecież i w Przerośli i w Garbasiu a nawet w Olecku i Bakałarzewie. Toż tu nie Litwa,że tam płasko jak stół.. Nawet jakiś drewniany domek kryty eternitem mi zamajaczył, ale też, ani tabliczki ani numeru, toż takie domki są wszędzie i w Wiżajnach i w Smolnikach. Do jakiejś rzeczki się wtarabaniłem, myślę sobie, może to Filipówka, a może Rospuda to jakbym był w domu, ale z drugiej strony jakaś ta rzeka na Filipówkę za duża a na Rospudę za mała, a zresztą przecież takie coś przez Baklałarzewo też płynie i przez Raczki a i Rutka Tartak ma jakąś rzeczkę, a może nawet i dwie. A coś mnie się wydaje, że w Rutce są bardziej popierdelone ludzie jak u nas bo oni mają dwie rzeczki, a każda płynie w inną stronę.
   I tak sobie idę w tym bezczasie i bezprzestrzeni i próbują jakoś się zlokalizować i nawet na jakąś drogę wydostałem piaszczysta i kamienistą i nagle stanąłem jak wryty.

   I przetrzeźwiałem po raz trzeci.

   Albowiem przyszła mi straszna myśl do głowy.
   Nie wiem gdzie jestem.
   Jaka to kraina.
   Nie wiem która godzina.
   Tak naprawdę to nie wiem jaka pora dnia, ani jaka pora roku, bo tylko szarość dookoła i ani ciemno, ani jasno, ani głodno, ani chłodno ani cicho ani głośno…
   To może i ja to nie ja?
   Kryzys tożsamości.
   Czy ja naprawdę jestem Markobrodaczo?
   Podrapałem się po brodzie… Alboż to ja jeden brodaty. Spojrzałem na ubranie. Łachy jak łachy, normalnie jakieś spodnie jakaś bluza i buty mocno zużyte. Toż prawie każdy tak ma. To może ja tonie ja?
Zgroza mnie ogarnęła i pomieszanie zmysłów. Zerwałem się jak ten koń smagnięty batem i pędzę przed siebie nie widząc kim jestem, ani nawet czy w ogóle jestem aż tu nagle zauważyłem człowieka. Człowiek!        Jakaś staruszka lazła podpierając się laską. „Hej” – wrzasnąłem – poznajesz mnie? To ja –Markobrodaczo!”
  "Łooo Jezu!!!! – odwrzasła starucha, pizgła laską o ziemię i pooooszła… A miała takie przyspieszenie że chyba nawet amerykańska rakieta przechwytująca by jej nie dogoniła toteż w mgnieniu oka znikła  w siwej mgle. „Mgła siwa staruszka siwa,  mózg mi całkiem się zużywa” – zaczęło mi się rymować.
   Oj źle. Bardzo niedobrze.
   Nie rozpoznała mnie.
   Jeżeli nie Markobrodaczo to kto?
   „Jezuu” – krzyknęła na mój widok.
   Niemozliwe.
   Ale z drugiej strony brode mam.
   Staruszka władzę w nogach odzyskała.
   Cud.
   A i ten Muciek zamiast mnie normalnie rozwłóczyć po całym pastwisku na rogach to tylko mnie  dziwnym spojrzeniem potraktował.
   Dziwna sprawa, bardzo dziwna.
   Toteż kiedy napotkałem jakiegoś dzieciaka na oko dziesiecioletniego to podszedłem do niego bardzo ostrożnie. Ostatnia deska ratunku..
   „Choć no ino tu, dam ci cukiereczka, powiedz tylko czy ja jestem Markobrodaczo, przecież mnie znasz, to ja codziennie krążę po filipowskim rynku, przecież musiałeś mnie widzieć, skarbeczku, dziecinko kochana?” – zaszczebiotałem próbując nadać swojemu głosowi jak najbardziej łagodny i aksamitny ton, co było dość trudne, bo głos poprzez styl życia mam dość mocno złachmaniony. Ale ten tylko odskoczył na może jakieś dziesięć kroków i zaczął napierdalać kamieniami krzycząc: „Won, pedrylu, dziadzie śmierdzący! Sam sobie w dupe wsadź!”
   No tak. Tyle tylko się dowiedziałem, że na pewno nie  jestem w Filipowie, bo filipowski gówniarz to by mnie trafił przynajmniej dziewięć razy na dziesięć, a ten to ani razu. Ale się wycofałem, bo nie chciałem czekać, aż celowniki narychtuje.
   I zacząłem gnać przed siebie trapiony złymi myślami,  niewidzący i niesłyszący, zamyślony i tożsamości szukający i jak nagle nie pizgnę łbem w coś mocno twardego co się rozdzwoniło jak zygmuntowski walweski dzwon!
  Patrzę - wanna!!
   Bo przecież czy to jedna wanna stoi na filipowskich łąkach?
   Mgła się uniosła, słoneczko zabłysło.
  Ranek piękny nastał.
   Siedziałem przy wannie na Olendrach  za plecami nowy cmentarz, na prawo wzgórze Wawrzonka,  dalej idący Gawek co ja swego czasu pół wioski filipowskich bab zdeflorował, a na lewo, jak by nie patrzeć, czy przez Olendry, czy przez Jordyka a nawet drogi nakładając można przez Bema i potem Trzeciego Maja a i tak wsio rawno na rynek się trafi. A nawet i przez cmentarze.
   A tam moje kumple i moje życie.
   I mój Filipów.
   Toteż już się się kąpałem tylko  prędko na rynek pognałem, bo to przecież ranek był i kac mnie zacząłdoganiać zwłaszcza po takich przeżyciach.
   A ten dzieciak to musi był jakiś nietutejszy.


Copyright by Markobrodaczo Filipów październik 2012. All rights reserved.

wtorek, 28 lutego 2012

DZIWNA RZECZ CZYLI JAK MARKKOBRODACZO ROSPUDZIE KIBICOWAŁ


     DZIWNA RZECZ CZYLI JAK MARKOBRODACZO ROSPUDZIE KIBICOWAŁ

Dziwna rzecz.
Byłem ostatnio na meczu naszej lokalnej drużyny piłki nożnej Rospudy  Filipów, a teraz wszyscy mi wmawiają, że tego meczu wcale nie było! Nie wszystko pamiętam, ale że na meczu byłem to tego jestem pewien. Prawda, że pora była dość późna, bo około dwudziestej drugiej, warunki też nie za bardzo, bo śnieg mróz i ciemno, ale przecież ostro kibicowałem, gardło zdzierałem przez całe półtorej godziny.
Kibiców nie było za dużo, prawdę mówiąc, to chyba tylko ja jeden, nie licząc jakiegoś psa włóczęgi, który też za bardzo się nie udzielał, bo wyć zaczął dopiero w drugiej połowie meczu, no ale to tylko mnie bardziej zmobilizowało, tym bardziej zagrzewałem chłopaków do boju, śpiewałem i ryczałem wielkim głosem: „ O le,o le, o leeeee, nie damy sieeee, nie damy sieeeeee, Rospuda!!! Rospuda!!!!!” i takie tam inne, normalnie, jak na meczu. Zresztą zaraz dołączyli do mnie kibice z bloków sąsiadujących z boiskiem. Mróz był wielki, a i ludzie jakoś ostatnio strasznie leniwe się zrobili, więc bynajmniej nie przyleźli na trybuny tylko wrzeszczeli z okien i balkonów. Mecz musiał być bardzo zacięty i chyba chłopakom nie bardzo szło, bo pamiętam, że leciały tam wyrazy powszechnie uważane za obraźliwe takie jak na przykład: „Ty skurwysynie! Żeby ciebie szlag trafił! Ty chuju!!! Ty pedale!!! Mordo zakazana! Ze też takiego gnoja jeszcze nikt nie zabił!?” Czując takie wsparcie za plecami zacząłem się drzeć, śpiewać i szaleć w dwójnasób. Nie bardzo to chyba naszej drużynie pomogło, bo ludzie zaczęli rzucać nie tylko słowami, ale i przedmiotami. Od bloków do boiska parę metrów jest, więc nie bardzo im się te rzuty udawały, wszystko lądowało gdzies w mojej okolicy. Z tego co pamiętam, to wylądowało parę doniczek z kwiatami, w tym jedna pelargonia, jakieś wałki do ciasta, dzbanki, wazony, butelki, żelazko i wszelakie inne paskudztwo,  co komu pod rękę wpadło. Bardzo źle musieli chłopaki grać, bardzo źle. No ale z drugiej strony, czego od nich wymagać? W takich warunkach? Zresztą, gdyby dobrze grali, to by biegali gdzieś w Madrycie, albo Barcelonie, a nie tu, w naszym zapyziałym Filipowie.
Chyba ostatnio jakaś wycieczka do Wilna była, bo wylądowały obok mnie trzy nieduże Matki Boskie Ostrobramskie. Nadleciała też wirując i złowrogo świszcząc jedna większa, taka gdzieś czterdzieści na dwadzieścia centymetrów. Ledwo zdążyłem się uchylić, mało co, a by mi łeb obcięła. No a teraz mi wmawiają, że tego meczu wcale nie było! Jeżeli nie było to dlaczego nie mogłem na drugi dzień głosu wydobyć z gardła, bo taki byłem zachrypnięty? A zresztą mam dowód, że byłem na tym meczu, bo wziąłem sobie jedną Matkę Boską Ostrobramską i powiesiłem na ścianie. Jak kto nie wierzy to niech przyjdzie i zobaczy.
Ale jedna rzecz mnie dręczy. Ni cholery nie mogę przypomnieć, jak się ten mecz skończył. Kto wygrał? Jaki był wynik? Bardzo bym prosił jakiegoś blokowego kibica, żeby mi przypomniał. Będę  bardzo wdzięczen.

Copyright by Markobrodaczo, Fillipów, luty 2012 . All rights reserved.

środa, 25 stycznia 2012

Roger Schorpe

ROGER SCHORPE
„Skuczno i grusno” w tym naszym Filipowie, latem to jeszcze pół biedy, ale zimą to aż wyć się chce. A najgorzej, że nie ma żadnej roboty. Nic więc dziwnego, że co rusz ktoś próbuje szukać szczęścia w dalekich krajach. Kiedyś to najbardziej opłacało się lecieć do Ameryki, ale przerażała ta Wielka Woda, a i nie każdego było na to stać. Jednak ten bilet trochę kosztował. Ale teraz to i ta Ameryka to nie taka, jak była kiedyś, a po otwarciu granic robotę można znaleźć całkiem blisko, chociażby w Niemczech czy Anglii. A najlepiej w Londynie, bo i robota jest, a i Polaków sporo, no to człowiek nie zginie. Nawet taki prowincjusz jak Filipowiak.
Pierwszy poleciał Kaminiak. On zawsze był wyrywny i pierwszy do wszystkiego ” i do bitki i do wypitki”, jak to się mówi. Nie minęło czasu mało wiele i zadzwonił do nas:
„ Chłopy, przyjeżdżajta, jest robota na budowie, zrobim brygade, będziem napierdalać, dobrze płacą!”
No i faktycznie, płacili dobrze. Pięć funtów za godzinę, a dla Kaminiaka, że to niby brygadzista, siedem. Góra pieniędzy. A i ta budowa to się okazało, że to żadna budowa. Ot stał taki piętrowy szeregowiec, tyle że obity deskami i te deski już przegniły i trzeba było wymienić. Robota lekka, łatwa , przyjemna i na powietrzu. Super nam się robiło, aż tu pewnego razu nasz pracodawca przyprowadził murzyna: „On robota tu” powiedział i poszedł. Dobrze, że znał trochę polskiego, miał trochę tych Polaków pod sobą to i się nauczył, bo my tego angielskiego ta ani w ząb. Bo i po co nam ten angielski, jak pełno Polaków dookoła a i sklep z piwem, żarciem i Polakiem za ladą tuż za rogiem.
Na chuj nam murzyn? Pieciu nas było, jak w sam raz i szóstego nam nie było trzeba. I żeby to jakiś porządny murzyn był. Ten nasz był jakiś wybrakowany. Stary, chudy, drobny i na dodatek jakoś tak dziwacznie ubrany. Na głowie miał zawiązaną jakoś taką wielką chustę a na sobie cos takiego jak komża u księdza. Dobrze chociaż, że w spodniach. Sterczało to nieszczęście przed nami z plastikową półtoralitrową butelką wody pod pachą i lękliwie spogladało na nas. Kaminiak obszedł go dookoła raz i drugi, obejrzał od stóp do głów i splunął z pogardą. Oj, nie spodobał mu się ten nowy pracownik, nie spodobał! Ale co zrobić, szefa słuchać trzeba.
- Coś ty za jeden! Jak się nazywasz! – wrzasnął Kaminiak i stuknął palcem w chuderlawą pierś murzyna. Wrzasnął, bo to jakoś tak jest, że jak się gada z kimś kto, nie zna twojego języka, to tak jakbyś z głuchym rozmawiał i człowiek odruchowo podnosi głos w nadziei że może zostanie zrozumiany. I faktycznie murzyn zrozumiał.
- Ajm Rodżer – powiedział pośpiesznie i głęboko się ukłonił.
- Rower, powiadasz? Niech ci będzie, że rower, chociaż ty mi raczej wyglądasz na hulajnogę – zarechotał Kaminak, a my za nim – No to słuchaj Rower bo nie będę dwa razy powtarzał, ty tu nam potrzebny jak gówno w trawie ale jak jesteś to trudno, może do czegoś się przydasz. Patrz tu jest deska – Kaminiak wziął deskę i podetkał murzynowi pod nos. – Jak pokażę ci jeden palec – Kaminiak zademonstrował m u swój wskazujący palec z czarną obwódką brudu za paznokciem – to wtedy masz nam podać na rusztowanie deskę, rozumiesz? Na rusztowanie, do góry ! – machnął demonstracyjnie ręką.
- Jes, jes, ajm anderstand – rzekło skwapliwie murzynisko.
- Dobra, a jak pokażę dwa palce to zapierdalasz z gwoździami, paniatno?
- Jes, jes, ofkors.
- A trzy palce to znaczy, że masz przynieść piwo – podetkał mu butelkę pod nos.
- Jes, jes.
No i dobrze. Wleźliśmy na rusztowanie, Kaminiak pokazał jeden palec, murzyn przyniósł deskę, pokazał dwa palce murzyn pognał po gwoździe, przepracowaliśmy może z pół godziny i Kaminiak pokazał trzy palce. Murzyn stanął jak wryty podniósł rękę z rozcapierzonymi pięcioma palcami i obrócił ją dwa razy – raz grzbietem, raz wnętrzem dłoni, raz grzbietem, raz wnętrzem dłoni .
- Co za chuj? – zdziwił się Kaminiak. Zlazł z rusztowania i powtórzył cała lekcję mocno pracując rękami. Wlazł z powrotem , pokazał palec, murzyn przyniósł deskę, pokazał dwa palce, murzyn przyniósł gwoździe, pokazał trzy palce, murzyn stanął podniósł rękę i powtórzył swój poprzedni gest.
- Coś nam się czarnuch zawiesił – stwierdził Jeżyk, prawa ręka Kaminiaka – Może go zresetować? Jak mu piznę w łeb to mu ta czapka spadnie i może w końcu zrozumie o co ci chodzi.
- Zaczekaj – Kaminak miał nadludzką cierpliwość. – spróbuję jeszcze raz.
Powtórka z rozrywki. Kaminiak pokazał trzy palce, a ta cholera dalej macha swoją łapą.
- A by cię szlag trafił! – wściekł się Kaminiak – Kiego chuja!
- DARK OR LAIT! – zaryczało nieszczęsne murzynisko i znowu zademonstrowało tą swoją łapę jaśniejszą pod spodem i ciemniejszą na grzbiecie.
- Cooo???? Głos będziesz podnosił? Na Pana? A masz! A masz! - Kaminiak zaczął napierniczać w niego kawałkami desek, narzędziami, gwoździami, czym popadło. A my za nim. Murzyn skulił głowę między spiczaste ramiona i zaczął uciekać zakosami niczym ten partyzant w czołówce serialu ”Stawka większa niż życie”, z tym że tamtego Niemcy zastrzelili, a naszemu murzynowi się udało. Spierdolił.
I tak Roger Schorpe stracił pracę już pierwszego dnia. Roger Schorpe, który tak naprawdę nie był żadnym Murzynem, ale Hindusem, byłym profesorem uniwersytetu w New Delhi, poliglotą, czyli wybitnym znawcą wielu języków w tym m.in. hindi,gudźarati,marathi,malajalalam,urdu,orija, że o angielskim, hiszpańskim i francuskim już nie wspomnę. Ale największym specjalistą był w dziedzinie sanskrytu, autorem monumentalnego pięciotomowego dzieła „Analiza porównawcza sanskrytu i języka aramejskiego.” Niestety chociaż był Hindusem, ale nie był hindusem, tylko katolikiem a to tam było niemile widziane, oj, bardzo niemile. Tam za bardzo się nie pierniczą, jak coś nie pasuje to podsadzają bombkę i wysyłają delikwenta do nieba razem z rodziną i sąsiadami na dokładkę, żeby mu tam nudno i samotnie nie było. Naszemu Hindusowi do nieba się nie spieszyło, więc sprzedał wszystko co się dało (jednak z Indii do Anglii jest trochę dalej niż z Polski i bilet co nieco kosztuje) i zameldował się na naszej budowie.
No i co? No i na co on tyle języków znał? Niby taki mądry, a nie widział, że to język polski jest językiem Panów. Niby katolik, a nie wiedział, że Matka Boska jest królową Polski, a Chrystus miał zostać królem Polski, ale Mu trochę głosów w sejmie zabrakło. Ale to nic, co się odwlecze to nie uciecze, a na pociechę postawiliśmy Mu największy pomnik na świecie. I słusznie go pognaliśmy, niechby się uczył polskiego, to może do dziś by nam piwo donosił, a takto niestety spadło to na mnie.
Długo zresztą tam nie zabawiliśmy. Pewnego razu zachciało nam się podprawić piwo ichnią wódką, a to straszne paskudztwo jest, taki bimber na rudych myszach pędzony. No i od słowa do słowa zaczęła się Polaków rozmowa. Poszło zdaje się o to czemu to niby Kaminiak zarabia więcej od nas, co to niby on lepszy? Nie minęło czasu mało wiele, zagrała w nas sarmacka krew i w ruch poszły deski. Ja tam udziału w tym nie brałem, bo moje doświadczenie życiowe mówiło, że długo to nie potrwa, więc pośpiesznie spijałem resztki tej ich wisky. I rzeczywiście zaraz zjawiła się policja. Nawet konnicę przysłali. No, nikt nie ma prawa wpierdalać się w nasze sprawy więc utworzyliśmy front jedności narodu i rozpoczęła się bitwa. O wspaniała to była walka, nawet podobno potem w gazetach o tym pisali, jak starły się Lwy Albionu z Niedźwiedziami Północy. I ja, nie chwalący się, niejedną deskę połamałem, rozpłaszczając te ich czapy i niejednemu rozdzwoniły się w głowie Big Beny. Ale kiedy zjawiła się brygada antyterrorystyczna, trzeba było wiać, w końcu klęski narodowe to nasza specjalność, a jak powiadają starożytni Indianie: „Nec Hercules contra plures” co w tłumaczeniu na nasze znaczy „ I Kaminiak dupa kiedy ludzi kupa”.
-Na Hitroł !!!! – ryknął nasz wódz i popędził w kierunku lotniska na zdobycznym rumaku. A my dachami za nim, bo ten Londyn jakoś tak śmiesznie zbudowany, że łażąc po dachach można przeleźć cały Londyn wszerz i wzdłuż. I tak się skończyła krótka ale treściwa najnowsza wojna między Polską a Anglią. Nie udało nam się obronić naszej Reduty Ordona ale pożytku z niej Anglicy też nie mieli, bo zostawiliśmy ją w gorszym stanie jak przed remontem. W znacznie gorszym stanie.
Wszystko fajnie, tylko jakoś ten Roger Schorpe nie może wyleźć mi z głowy. Trochę głupio z nim wyszło. Więc jak go spotkacie, to powiedzcie, że go zapraszam do siebie na sok z gumijagód. Tylko niech przyjedzie głęboką nocą, żeby go nikt nie widział, bo drugiego spotkania z naszą chrześcijańską, katolicką społecznością mógłby nie przeżyć.

Copyright by Markobrodaczo, Filipów, styczeń 2012. All rights reserved.