MARKOBRODACZOLEAKS
CZYLI HISTORIA PRAWDZIWA ACZKOLWIEK CIUT PRZERAŻAJĄCA O TYM
DLACZEGO W FILIPOWIE NIE MA BAZY AMERYKAŃSKICH WOJSK.
Jakiści Assange
ujawnił tajemnice amerykańskie i za to umieścili go w jakiejś
ambasadzie, musi ekwadorskiej. Strasznie tu się nudno zrobiło w
Filipowie wszyscy gdzieś się po świecie porozjeżdżali i czasami
mam wrażenie że zostałem tu tylko ja i moja kobyła. Dlatego też
postanowiłem ujawnić kulisy powstania bazy amerykańskich wojsk w
Polsce. Może i mnie do jakiej ambasady wezmo? Ekwadorska już zajęta
to ja poproszę jakąś też z cieplejszych krajów, bo zima tu u nas
zaczeła się srożyć i opału nie starcza.
A było to tak.
Pewnego razu w
Pentagonie jakiś czas temu zebrała się cała amerykańska
wierchuszka gienerałów. Strasznie byli zafrasowane że cosik im
Putin rozrabia. Radzili, dyskutowali, po głowach się skrobali a w
końcu doszli do wniosku, że to trzeba jakąś bazę kole ruskich
wybudować, coby ich ruchy z bliska obserwować. No a gdzie jest
najwięcej ruskich czołgów, rakiet i inszego paskudztwa? No wiadomo
że w Obwodzie Kaliningradzkim. Wzieli, mapę rozłożyli palcem
trykneli i wyszło im, że najlepiej tą bazę zbudować w …
Filipowie.
- Polaki to
strasznie jakiś durny naród, ogromnie nas kochają nie wiadomo za
co, to i chętnie na takie cuś się zgodzą – orzekł jeden.
- Fakt, nawet na
przyjecie naszych terrorystów się zgodzili, coby tam u nich ich
potorturować. Bo w Hameryce to jakoś nie wypada..
- No ale czemu
Fylypów, co to w ogóle jest, toż tam jakaś dzicz, jakieś lasy,
jeziora, bagna, czy tam się w ogóle da dojechać? Toż nawet tej
nazwy wymówić nie można, język można połamać - zafrasował się
jakiś genarał.
-A na co ci drogi.
I gdzie ty tam chcesz jeździć? Pobuduje się lotnisko, przyleci
kilka Herkulesów, sprzęt przywiezie, jakieś stanowisko na drony
się zbuduje coby nad ten Kaliningrad latały, ruskich fotografowały
, koszary, magazyny no i przede wszystkim kantynę, żeby hot dogi i
hamburgery były, bo czort wie co te tubylcy żrą, podobno słonine
i raki, tfu, obrzydliwość! - rzekł generał lotnictwa.
- A że nie można
tego Fyl, Fly Fylympowa wymówić to i lepiej, trudniej będzie
namierzyć nasze stanowiska – orzekł specjalista od szyfrów.
- Pewnie, drogi
niepotrzebne, jeździć tam nie ma gdzie i po co, toż z tą hołotą
bratać się nie będziemy no chiba że się złapie kilka dzikusek
na jakieś małe bara-bara, zawsze to jakaś odmiana. - zatarł
rączki jakiś niewyżyty.
- No ale to przecież
będzie strasznie dużo kosztowało, te lotnisko, przeloty,
utrzymanie bazy. Nie lepiej to te pieniądze przeznaczyć na walkę
z biedą, na poprawę warunków życia naszych obywateli, na
głodujące ludy Afryki? - zaczął się zastanawiać jakiś starszy
generał.
Uch, jak oni
wszystkie wtedy na niego rzucili! Jak zaczęli krzyczeć! Że chiba
zgłupiał. Że mu na starość rozum odebrało. Że oni nie są od
takich durnot, tylko od wojen. Że zbrojenia całą gospodarkę
napędzają, PKB rośnie, a z tego dochodu to i owszem można jakiś
jeden promil rzucić na wdowy, sieroty i inwalidów wojennych. A tak
w ogóle to chyba mu czas na emeryture.
Biedny generał się
skulił, ścichł, wcale już się nie odzywał, bo przecież i on
chciał mieć jakąś ulicę swojego imienia, a przynajmniej jakiś
skwerek.
Na koniec tej całej
narady doszli do wniosku, że trzeba by sprawdzić co to jest ten
cały Filipów i postanowili wysłać jednego na przyśpiegi. No i
przyjechał autobusem jeden taki durny, za bardzo tołku nie miał i
zamiast w Filipowie wysiadł w Motulach Starych. No i zaiwaniał na
piechote do Filipowa, a po drodze spotkał Szeryfa, który mocno już
ubzdryngolony wracał sobie do domu środkiem szosy śpiewając na
całe gardło jakieś wojskowe marsze, żeby się lepiej szło. A że
miał na sobie amerykański generalski mundur, więc ten amerykański
szpion stanął odruchowo na baczność i Szeryfowi zasalutował.
Szeryf dawno się nie spotkał z takimi objawami szacunku, prawdę
mówiąc to w ogóle, zdaje się, nikt mu nigdy żadnego szacunku nie
okazywał, więc mile zaskoczony wyciągnął zza pazuchy butelkę
berbeluchy i biedaka poczęstował. Ten wypił (czyż mógł odmówić
generałowi?) oczy mu stanęły w słup, padł na plecy, wierzgnął
trzy razy nogami i było po chłopie. Jednakowoż Szeryf poniżej
osiemdziesiątki nie schodził, a te amerykańskie biedaki to tylko
jakieś burbony piją i to wodą rozcieńczone. Kudy im tam do
naszych wyrobów. Szeryf trochę się zdziwił i poszedł dalej swoją
drogą, a na szosie się ostał zimny trup.
Może ktoś się
zapyta skąd u Szeryfa generalski amerykański mundur? A to już
prosta sprawa. Jeden taki z Filipowa, ten co to giębę ma z profilu
całkiem podobny do kozy ma brata w Hameryce i ten brat kupił gdzieś
na wyprzedaży z amerykańskiego demobilu cały kontener mundurów.
Wiadomo, co tam stare, to u nas prawie nowe, zresztą całkiem dobrej
jakości te mundury były, trzeba było tylko gdze niegdzie trochę
pocerować, troche uprać i można sprzedawać. Cały Filipów
chodził w te mundury ubrany. Troche to i dziwnie wyglądało, bo
nieraz czapka była z jakieś piechoty morskiej bluza z lotnictwa a
gacie od służby kuchennej, ale to nikomu nie przeszkadzało. A że
mundur bez dystynkcji słabo się prezentuje, to sobie każdy jakimiś
gwiazdkami to dekorował a nikt przecież nie będzie łąził jako
zwykły szeregowiec, stąd też zaludnił się ten Filipów samymi
genarałami. A skąd te pagony i gwiazdki, to już nie wiem, czy ten
z kozią mordą sam sprowadził, czy mu brat dosłał.
No ale wracajmy do
naszej historii. W tej Hameryce, trochę się niepokoili, na meldunki
czekali, a tu nic. Wysłali drugiego. Ten akurat w czwartek
przyjechał, na rynek zaszedł i zobaczył jak przy straganie dwóch
generałów o jakąś szmatę się biło. I też z wrażenia padł.
Serce nie wytrzymało. Trzeciego załatwili smorodinowką od naszych
przyjacół ruskich alkocholików kupioną. I tak to po kolei szło.
Straszny się z tego w końcu ambaras zrobił, bo Amerykańcy bardzo
nie lubią kiedy im ktoś ginie, a zwłaszcza za granicą. Powołali
Komisję Nadzwyczajną Do Spraw Zagubionych Szpionów, radzili, się
głowili i wpadli na pomysła. Przecież jest w Hameryce parę
milionów ludzi polskiego pochodzenia to i we wojsku musi ich trochę
być. No i faktycznie znaleźli ich trochę, a jeden, Zyby Kowalsky,
nie dość, że polskiego pochodzenia, to na dodatek jego ojciec czy
też dziadek pochodził z Filipowa. Wezwali go do siebie i rzekli mu
w te słowa:
- Słuchajcie,
szeregowy Kowalsky, jest taka to a taka sprawa, Helikoptery
transportowe silniki grzeją, budżet już na bazę ustalony a tu
ludzi nam znikają jak w czarnej dupie, dziurze znaczy się, trzeba
jechać i sprawdzić a co tu chodzi. Jak dobrze się sprawicie to
kapralem zostaniecie a może i sierżantem.
- Bonszyt, fakju
maderfaker - pomyślał po ichniemu Kowalsky, ale rozkaz to rozkaz,
trzasnął obcasami, potem drzwiami i do Filipowa ruszył.
A tymczasem w
Filipowie sodomacja, wójt od zmysłów odchodzi. Wojny nie ma a trup
ściele się gęsto. I to wszystko młode i z gęby do nikogo
niepodobne, a dokomentów przy sobie żadnych i nikt do nich się nie
przyznaje. Co jest? Robili sekcje zwłok, nic szczególnego, ot tyle
że każdy miał trochę promili we krwi ale to góra cztery, no to
przecież tyle co nic. Ogłoszenia do gazet dawali, portrety
zamieszczali ale nikt się po nieboszczyków nie zgłaszał. No i
trzeba było ich w końcu pochować i to oczywiście na koszt gminy.
A przecież człowiek to nie pies, pod płotem nie zakopiesz. I grób
trzeba wykopać i księdza opłacić. Rosła na cmentarzu Aleja
Nieznajomych a wraz z nią dziura budżetowa. A przecież potrzeb co
niemiara, choć na ten przykład asfalt na Olendrach wylać trzeba,
toż to wstyd, środek miasta, a tu jakaś polna droga. No i co to za
reklama dla gminy. Turysty przyjeżdżajo a tu jakiś pomór, gorzej
jak ptasia grypa. I czym tu teraz Filipów zareklamować, jakie hasło
dać w internecie? „ Chcesz umrzeć młodo , zapoznaj się z
Filipowa urodo!” „Każdy tutaj prawdę powie, najszybciej umrzesz
w Filipowie!” No to przecież tak nie może być!
Martwił się wójt,
frasował, po głowie się skrobał, w końcu na pogrzeb kolejnego
nieznanego się wybrał, w nadziei że może zjawi się tam jakiś
krewny, albo chociaż znajomy i pomoże zagadkę wyjaśnić, ale
nie, był tylko on, ksiądz z kropidłem i grabarze. Nawet pies z
kulawą nogą nie przyszedł, tylko wróble ćwierkały i krowy
gdzieś na Konisiów łące smutno ryczały.
Wrócił wójt do
gminy zły jak jasna cholera, bo tylko niepotrzebnie na wiązankę
kwiatów się wykosztował (nie z własne kieszeni, z budżetu gminy
oczywiście, ale pieniądz jest pieniądz) czas stracił, a że gorąc
był, pić mu się zachciało to wziął sobie Tymbarka w szklanej
butelce, takiego co ma zawsze pod kapslem jakiś napis. Otworzył i
przeczytał: „Twoja kolej”. Strasznie się czegości znerwował,
butelkę z trzaskiem na biurko odstawił i zaczął działać.
Powołał specjalną
Komisję Do Spraw Nagłych A Tajemniczych Śmierci. Szefem tej
komisji został (zupełnie przypadkowo) jego szwagier. Ten z kolei
zatrudnił sekretarkę (prywatnie jego żona) kierowcę (brat żony)
i dwóch członków komisji (kumple z wojska). Tabliczkę na gminie
przybili i działalność uroczyście otworzyli.
Działać zaczął
też Kowalsky. Na początek zaczął szukać swoich tak zwanych
korzeni kombinując skądinąd słusznie że od czegoś trzeba
zacząć, a wiadomo że najlepiej się gdzieś przy rodzinie
zaczepić. No i wiecie co się okazało? Że on nie jest żaden Zyby
Kowalsky, tylko Zenek Kibitlewski i że wcale nie pochodzi z
Filipowa, tylko z Garbasa Drugiego. No to go powieźli do tego
Garbasa. On już Filipowem był mocno wystraszony, myślał że na
koniec świata trafił, ale jak go zaczęli wieźć do Garbasa, przez
Mieruniszki gdzie straszą ruiny kościoła, przez te łąki,
oczerety, nieużytki, lasy i jeziora, po tym nieszczęsnym bruku, to
w pewnej chwili przyszło mu na myśl, że co musi ruskie go
zdekonspirowali i na Sybir wloką. Ale nie, dojechali do tego
Garbasa, a jak się ludzie dowiedzieli, że Amerykaniec przyjechał i
to na dodatek jakiś niby stąd, to każdy się do jakiegoś
pokrewieństwa przyznawał, albo chociaż znajomości i każdy chciał
go ugościć. No jedzenia to joni za dużo nie mieli, ot trochę
kartofli i tyle co z jeziora można wyciągnąć, no ale przecież
pić mieli co. Bez jedzenia to można jeszcze pożyć, no ale bez
picia nie.
Oj, chyba lepiej by
dla niego było, żeby on tej swojej rodziny nie szukał! Nie żeby
go ta wóda wykończyła, ale niestety geny rodzinne w nim się
odezwały i jak zaczął pić to pił już na umór. I gdzieś po
dwóch tygodniach doszedł do wniosku że on żaden Hamerykaniec
tylko najprawdziwszy Polak, swojak, tutejszy. I zaczął słać
meldunki. Pierwsze to były nawet składne coś w rodzaju: „ Bazy
chceta a wizów nie dajeta? HWDP!”,ale potem to już było tylko
gorzej, bo pisał tylko gdy trochę prze trzeźwiał ale wtedy
trzęsionki dostawał, pazury mu na klawisze nie trafiały i
wychodziło mu coś w rodzaju : „ mjkekjhddyjhe dois sWE jo cgujh
hkurwa, jabhnjkesty jebhaane11” Te w Hameryce całkiem zgłupieli,
deszyfrantów najlepszych jakich mieli zatrudnili, ale i tak żadnego
sensu w tych meldunkach nie znaleźli. A Zenek jednak jakieś
sumlenie miał i rozkaz wypełnić chciał i płakał i dupę
wszystkim wkoło truł, że on ma sprawę do załatwienia natury
światowej i w końcu chłopy się zebrali i uradzili, żeby go do
mnie przywieźć, bo wiedzieli że, nie chwalący się, tylko ja
jeden Markobrodaczo, w Filipowie i okolicach światowy i w polityce
obyty.
No i siedziała ta
lebiega u mnie kobyłę po grzywie głaskała i w pysk całowała
dozgonną miłość jej przysięgając. Widać całkiem mu ta
garbaska hara mózg zeżarła. A ja i owszem meldunek napisałem i
amerykańcom wysłałem. Co tam napisałem to już tajemnica wojskowa
jest, w każdym bądź razie z budowy bazy w Filipowie Amerykanie,
dzięki mnie, zrezygnowali. Podobno będą ją budować gdzieś w
Redzikowie, bo to też dla nich jest trudno wymówić,ale to już nie
moja sprawa.
A co z tą całą
Komisją Do Spraw Nagłych A Tajemniczych Śmierci? Działają i to
jeszcze jak prężnie! Rozrosła się, musi już z kilkadziesiąt
osób tam pracuje. Nawiązali współpracę z cmentarzami w kraju i
za granicą, a szczególnie za granicą, podpisali jakieś
porozumienia z cmentarzami lwowskimi,wileńskimi,
francuskimi,rosyjskimi rzecz jasna i w ogóle z kim się dało.
Projektami pomników się wymieniają, planami na przyszłość,
sprawozdania piszą no i oczywista ciągle w zagraniczne delegacje
jeżdżą. Zapisali się do Word Funeral Socjety czy jakoś tak i
jakieści pieniądze stamtąd dostają, granty czy jak to tam się
nazywa. Takie zapracowane, że nie mieli czasu na nasz cmentarz
zajrzeć i zobaczyć, że te tajemnicze zgony całkiem ustały. Ja
tam nawet ich rozumiem, po co się po cmentarzach włóczyć, od tego
tylko smutek, lęk i melankolia człowieka ogarnia. Ale z tymi
grantami to uważam że granda jest. Ale to już zupełnie inna
historia.