czwartek, 31 stycznia 2013


                        MARKOBRODACZO IDZIE DO WÓJTA

   No i tak. Wiatr hula przez szpary i wybite szyby, kobyła gdzieś pochlipuje w kącie, a mnie też jakoś nijako.„ I skuczno i grusno i nikamu w mordu dat’” – jak powiadają nasi bracia w alkoholizmie Rosjanie. Musi trochę sumienie gryzie, bo ciut za mocno wpieprzyłem  tej mojej chabecie, a w końcu co ona tu winna, że ja biedny, stary i głupi? Żebym był bogaty, to bym jej oborę postawił z pięcioma stanowiskami, a przy każdym stanowisku żłób, a w  żłobie owies, siano, co tylko chcesz, przy każdym żłobie komputer, niech sobie pisze co chce, a tak to tylko smutek, głód, chłód i beznadzieja.
    Dobrze chociaż, że ciepło się zrobiło, bo już oczywiście nie śpię z kobyłą. To znaczy obok kobyły. Gorzej, że wszystkie muchi wróciły i pasą się sobie na zbryzganych krwią ścianach. Obrzydlistwo. A pająk Felek jakiś jeszcze po zimie ospały i do roboty się nie bierze.
   No i co tu człowieku poczniesz. Bieda. Ale wymyśliłem genialny plan. Obiło mnie się o uszy, że ten nowy wójt tych ejdsowców dokarmia. Jak taki dobry, to może i mnie pomoże? Nadzieja wstąpiła w me znękane serce. Gębę trochę przemyłem, nałożyłem na siebie najlepsze ubranie, kościołowe kalesony też, bo jak się okazało, kobyła wcale ich nie zżerła, po prostu, kiedy były te straszne mrozy, to na noc ubierałem się we wszystko, com tylko miał i gdzieś tam między warstwami odzieży były i moje kalesony. Nawet się poperfumowałem. Dziwi Was. skąd u mnie perfuma? Oho, jest perfuma i to nie byle jaka. Ale to cała historia z tą perfumą. Otóż swego czasu byłem w Suwałkach. A jak  przybyłem, to już trochę połaziłem, no i oni tam na Kościuszki mają taki sklep „Rosmann”, czy „Rodmann”, nazwy tam takie cudaczne, że język można połamać, a zrozumieć nijak się nie da. Zaciekawiło mnie, co też mogą tam sprzedawać, więc wlazłem. Ot, badziewo jak wszędzie, mydło, widło i powidło, ale przed jedną ścianą stał taki esesman, nogi szeroko rozstawione, groźnie na ludzi patrzy, znaczy się, czegoś pilnuje. Ale ludzie podchodzą , na niego nie zważają i perfumami się pryskają. Bo on perfum pilnował, a jedna półka była taka, że tam stały perfumy, których można było próbować. „Tested” było tam napisane. Jak wszyscy, to wszyscy, podlazłem i ja. A co. W wolnym kraju żyjemy. Ten esesman popatrzył na mnie tak, że gdyby mógł mnie wzrokiem zabić, to już nasz filipowski cmentarzyk by się powiększył, ale nic nie powiedział. Pusto się wokół zrobiło, bo jednakowoż jak się człowiek parę miesięcy nie myje i obok kobyły śpi, to waniajet nieszczególnie. Zostałem tylko ja i ten esesman. Taki pojedynek. Prysnąłem się jedną perfumką, powąchałem i mówię tak niby do siebie, ale żeby i on słyszał: „ Eee, brzydki zapach”. Facet zbladł. Wziąłem drugą, prysnąłem na przegub ręki i roztarłem, bo widziałem, że inni tak robili, powąchałem i mówię: „ Tak jakby kocim gównem zajeżdża?” Tego esesmana zatrzęsło i coś zagulgotał. „A tuś mi bratku! Mam ciebie!” – ucieszyła się moja podła, złośliwa, markobrodaczowa natura. No i się zaczęło. Jakaś „Wersacz” za uszy, jakiś „Adidaś” na nogi. I wszystko z komentarzem – a to nazwa brzydka, a to zapach nie ten. A w jego oczach żądza mordu. A nic mi zrobić nie mógł, bo ludzie stali i patrzyli. Patrzyli z daleka, bo smród się zrobił niemożebny, coś tak jakby koń ze świnią na spółkę nasrali na rabatkę kwiatków. Już się wszelakim paskudztwem spryskałem, patrzę, a na samej górze, za siedmioma zamkami, za siedmioma kluczami, za siedmioma kłódkami, za pancerną szybą stała maluśka perfumka. A nazywała się tak jakoś śmiesznie, jak ten kolega pszczółki Mai z dobranocki -  „Guci” czy jakoś tak podobnie. Perfumka maluśka, ale cena zajebista. Musi ze dwie stówy. Chodź bym cały rok puszki tłukł i makulaturę zbierał, to bym tego gówna nie dał rady kupić. Patrzę ja na tego esesmana, a on już na nogach się słania, blady, zielony i spocony, zęby i  pięści zaciska, przypierdolić mi chce, a nie może. Pytam go grzecznie: „ A większego tego Gucia to nie macie? Taka  to mi na jeden raz...” No i w tym momencie chłop padł. Zemdlał, nie wiem sam, czy to od tego smrodu, czy go ta złość zatchnęła. Krzyk się zrobił, meleweta okrutna, ludzie się rzucili, by go ratować, a ja wtedy spokojnie wziąłem największą perfumę, jaka tam była i poszedłem.
  No i dobrze. Spryskałem się tą perfumą i do wójta po prośbie ruszyłem. Piątek to był, bo on w piątki ludzi przyjmuje. Oj niechętnie lazłem, niechętnie, bo nikt czapkować nie lubi, a do Władzy to ja mam stosunek miłosny można powiedzieć, bo ja ją pierdolę. Całe życie mi Władza nic nie dała; jeśli już, to zabrała. Za sanacji, to mojego ojca gnębili i w pogardzie mieli, że chłop był, czyli cham, ale jego świnie to chętnie żerli i nie patrzyli, że ona też w gnoju wyrosła. Potem przyszła wojna, ta niemiecka Władza mojego ojca do Oświęcimia wywiozła, bo radia słuchał i słuch po nim zaginął, a potem przyszła ruska władza to mi matkę całym plutonem zgwałciła, a na koniec z pepeszy zastrzeliła i tak się został ja sierota na gospodarce, ale długo ja się tą gospodarką nie nacieszył, bo mnie nasza polska władza rozkułaczyła, czyli ziemi pozbawiła, ale obowiązkowo kontyngent musiał ja dostarczać, czyli tymi świniami władzę karmić. I za co ja mam tą władzę lubić? Dalej też nie lepiej było, bo ja hardy jestem i o Katyniu krzyczałem i krzywdę ludzką wytykałem i tyle teraz z tego mam, że została mi  się ino spróchniała chałupa, chlewik z kamienia, ale bez dachu i ta nieszczęsna stara chabeta, z której żadnego pożytku nie mam, tylko biedę i zgryzotę. A na dodatek, tą ostatnią władzę niechcący oplułem siedząc na drzewie koło filipowskiej mleczarni. Ot nieszczęście. I gdyby nie litość nad zwierzakiem, nigdy bym do wadzy nie ruszył, ale już innego wyjścia nie miałem.
   No to idę. Perukę na łeb nałożyłem, żeby mnie, nie daj Boże, opluta władza nie poznała i lazę, ale tak niechętnie, jakby mnie kto na powrozie prowadził. Oczami po ziemi zamiatam, no i dobrze, bo gdy przechodziłem koło Mariawickiej polany błyszczącego grosza na ziemi znalazłem. Ucieszyłem się w pierwszej chwili, plunąłem na niego na szczęście i do kieszeni schowałem. Ale idę i tak sobie myślę, ile to groszy musiałbym znaleźć, żeby u Syperka  małe piwko wypić. Najtaniej to jeden złoty i dziesięć groszy, czyli musiałbym sto dziesięć razy się schylać i prostować, żeby jedne małe nędzne piwko wypić! Toż takiej gimnastyki, to na pewno mój kręgosłup by nie wytrzymał! Tak mnie ta myśl zgniewała, że pizgłem tym groszem w krzaki.
   Cóż, pół godziny straciłem, mordę w tych krzakach podrapałem, utytłałem się w błocie, ale w końcu ten grosz znalazłem. Pieniądz to jest jednak pieniądz, nawet tak nędzny.
   Umordowałem się jak nieszczęście, przystanąłem koło „Firka” żeby odpocząć a i cichą nadzieję w sercu miałem, że może ktoś się nade mną ulituje i chociaż łyczkiem piwka albo winka poczęstuje, ale nic z tego, trzeba było ruszać dalej.
   Tu przerwę moją opowieść, bo muszę sił nabrać i odwagi, by wam resztę historii opowiedzieć, bo stała się tam rzecz straszna i jeszcze teraz, gdy o tym pomyślę, taki lęk mnie ogarnia, że cały dygoczę i palcami w klawisze trafić nie mogę. Jeśli dam rade to...CDN.



                MARKOBRODACZO IDZIE DO WÓJTA. CZ. II.

    Ach, ach, klękajcie narody, słuchaj mnie, ludu chrześcijański, zebrałem się na odwagę, by dalszą część mojej gehenny opisać, a na samo wspomnienie lęk mnie ogarnia i biegam przerażony po mojej chatynce niczym szczur złapany w pułapkę, albo jak Żyd po pustym sklepie, który koniecznie by chciał coś sprzedać, a nie ma co. Ciężko mi jest o moich przeżyciach pisać, oj ciężko, ale skoro obiecałem...  Ja obietnic staram się dotrzymywać, w końcu jestem porządny, normalny człowiek, a nie jakiś, za przeproszeniem, polityk.
   Na czym to ja skończyłem? Aha, koło sklepu spożywczego przystanąłem, bo miałem nadzieję, że trafi się jakiś dobry człowiek i wzmocni człeka bogobojnego łykiem ożywczego napoju, ale nic z tego, naród chrześcijański nielitościwy jest i nawet nikt nie wejrzał na moją niedolę, a już chyba ze trzy dni nic nie piłem i czułem, jak rodzi się we mnie ten paskudny dygot, który  zatelepać może na śmierć. Pogapiłem się tylko trochę na robotników, którzy coś przy ogrodzeniu naszego parku zaczęli majstrować, ale długo nie patrzyłem, bo ja bardzo miękkie serce mam i nie mogę patrzeć, jak ludzie się męczą, ciężko pracując, zaraz mnie mgli.
  Wlazłem do tego Urzędu Gminy. Przestrzenie tam takie, że pięć moich chałup by się zmieściło, a cisza tam taka, jak w kościole. I żywego ducha nie widać. Połaziłem w koło, przeczytałem wszystkie napisy na drzwiach. Jedne drzwi mnie zaintrygowały, bo były całkiem nowiuśkie, bieluśkie, świeżo wstawione, a na drzwiach było napisane „Informatyk”. Ciekawe co to za jeden, może to taki, co informacji udziela? Ale to by miał w tych drzwiach jakieś okienko... Oj, chyba nie, to musi być jakaś ważniejsza persona, bo takich drzwi to nawet, jak się później okazało, nie ma nawet wójt. Nie rozwiązałem tej zagadki, bo nie miałem śmiałości zapukać, a zapytać nie było kogo.
   Łaziłem, łaziłem, aż w końcu znalazłem tablicę informacyjną i wyszło mnie, że trzeba iść na górę, na piętro. No i trafiłem. Nie do samego wójta oczywiście, tylko do poczekalni. Jak świat światem do Władzy zawsze było się trudno dostać i to nieważne jaka  by ona była, sanacyjna, komunistyczna czy kapitalistyczna, tak i tu - poczekalnia, sekretariat, a na końcu  gabinet wójta. Swoje trzeba odsiedzieć.
  No ale piękna ta poczekalnia, nawet stolik był i krzesełka białe, bielutkie na srebrnych nóżkach, strach na takich siadać, ale już tak siedział jeden klient, to usiadłem przy nim i ja, a co, ja gorszy?
  I faktycznie nie gorszy, gościu był może trochę młodszy ode mnie, ale było widać, że całe życie ciężko na wygląd swojej mordy musiał pracować –  siny, gęba pobrużdżona, a na nosie miał jakieś okropne okulary w grubej oprawie – szkła jak dno od butelek, a na dodatek jedno popękane i poklejone jakimś butaprenem. Niewiele on przez te szkła widział, bo przysunął tą gębę na kilkanaście centymetrów do mnie, próbując rozpoznać com za jeden. Odsunąłem się, bo z gęby mu jechało jakaś zabójczą mieszanką dawno strawionego denaturatu i zepsutych zębów, ale on znowu się do mnie przysunął. To ja znowu się odsunąłem. On się przysunął. I pewnie zaczęlibyśmy jeździć w koło tego stolika, jak na jakiej karuzeli, ale wpadł następny interesant i mnie zablokował siadając z drugiej strony. Ten był jeszcze młodszy, ale po nosie i charakterystycznym zapaszku można było rozpoznać, że jest z tej samej branży, co my. Strasznie jakiś ruchliwy był i gadatliwy a po ruchach można było poznać, że i jego zaczyna chwytać ten paskudny dygot, który trapi porządnego człowieka, kiedy zbyt długo jest o suchym pysku.
   - Cześć! – przywitał się ze Ślepawym (nie przedstawił się, więc tak go będę nazywać) – Jurek jestem – podał mi rękę – a ty?
Poznał swój swojego.
   - Ma...,Ma..., Maniek jestem – tak mnie zaskoczył, że mało się nie wygadałem, kim jestem,            ale w porę ugryzłem się w język. Z wiadomych względów wolałem pozostać inkoguto.
-         Na wójta czekamy? – wiercił się na krześle Jurek.
-         Na wójta – odrzekłem – a nie wiecie co to za jeden? Bo ja nietutejszy – spróbowałem wysondować ich trochę.
-         Porządny, porządny, mówią, że zrobił w gminie porządek, urzędniki się go boją... – zaczął opowiadać Jurek, ale Ślepawy mu przerwał:
-         Tyle wiesz, co zjesz, a gówno żresz!- rzekł ze złością - Boguś, o to był wójt....
-         Boguś? Boguś? – zaczął gorączkować się Jurek – I co on zrobił, no co?
-         A halę sportową na przykład.
-         Halę, halę? Za krótka! Sześć metrów za krótka! A mam ci pokazać, gdzie, te materiały? Które domy postawione za nasze pieniądze?
-         Krótka jest, bo miejsca nie było, a jak nie wiesz, to głupot nie pierdol.. – Ślepawemu zaczęły puszczać nerwy
-         Ja nie wiem? To spytaj Zenka, jak nie wierzysz! – nie ustępował Jurek.
    Masz babo placek. Jeden zwolennik starego wójta, a drugi nowego. A ja pośrodku. Trzeba coś zrobić, bo zaraz się pobiją, a i mnie się dostanie.
-         A skąd ten wójt jest? Pracował gdzieś? – wtrąciłem się w dyskusję.
-         Podobno z Warszawy, mieszka pod Filipowem,  w Imbirach, a pracował we WSI – ściszył głos Jurek i rozejrzał lękliwie dookoła.
-         We wsi?– zdziwiłem się reakcją Jurka – to chyba dobrze, w końcu Filipów to gmina rolnicza...
-         Nie we wsi, tylko Wu, S, I ,Wojskowe Służby Informacyjne – spojrzał na mnie łaskawszym okiem  Ślepawy, bo nic tak nie cieszy człowieka, jak stwierdzenie faktu, że ktoś jest głupszy od niego – a tak naprawdę to nie we WSI, tylko w UOP-ie, ćwoku jeden! – znowu zaatakował Jurka.
-         Może i w UOP- ie.. . – Jurek trochę stracił rezon, ale widać było, że on nie z tych, co łatwo się poddają, bo zaraz się poderwał i rzucił triumfalnie: - A słyszeliśta, że on dwa tysiące emerytury dostaje? I zrzekł się pensji wójta! A to też pewnie ze dwa tysiące! – dobił nas.
     Zgroza nas ogarnęła i pomieszanie zmysłów. Dwa tysiące? Tyle zarabiać? I jeszcze dwóch następnych się zrzec? Tyle pieniędzy? Jak można się zrzec? Toż to tyle piwa można kupić, a ile wódki i na zagrychę by starczyło i nawet tego ruskiego paskudztwa nie musiałby człowiek pić, o denaturze nie wspominając...
-         Na pewno się zrzekł? Dwóch tysięcy się zrzekł? – dopytywaliśmy się niespokojnie.
-         Ano się zrzekł – odparł Jurek, ale tez jakoś tak niepewnie, bo  i do niego dotarła świadomość ogromu bezsensu tego aktu.
    Siedzieliśmy chwilę w milczeniu, nie mogąc znaleźć odpowiedzi na tak niepojęte postępowanie.
    Aż nagle Ślepawy wykrzyknął z ulgą w głosie:
-         Bo on Żyd jest!
     Żyd? Jaki Żyd? Skąd tu nagle Żyd? I co ma piernik do wiatraka?
-         Żyd, bo brodę nosi – zaczął wyjaśniać swoją teorię Ślepawy. Złapałem się przerażony za swoją, ale Ślepawy porwany zapałem, wcale na mnie nie zważał i, zdaje się, wcale mojej brody nie zauważył – A Żydy wiadomo, chytre są, on tak dla niepoznaki, żeby się przypochlebić, żeby nas Polaków otumanić, niby dobry, pieniędzy nie bierze, a potem nas wszystkich sprzeda! Niemcom sprzeda! – gorączkował się Ślepawy.
-         O ,jo, jo – pokiwał  głową Jurek – a to chytre Żydzisko... – wyraźnie zmienił front i sprzymierzył się ze Ślepawym, bo Polak to już taki jest, że musi znaleźć na wszystko wytłumaczenie, co złego, to nie my, albo to wina ruskich, albo Niemców, a na koniec, jak by nie patrzeć, to i tak wychodzi, że to sprawka Żydów. Bieda – Żydy wszystko ukradli; pijaństwo – Żydy nas w karczmach roozpijali, rząd do dupy – bo same Żydy w nim siedzą; Polskę do Unii wprowadzili – Żydostwo nasz kraj zajmuje. Na wszystko jest proste i jasne wytłumaczenie.  Żyd winien!
-         No, może nie jest taki zły, podobno tych ejdsowców z Monaru, co pod Filipowem mieszkają karmi – moja przekorna , Markobrodaczowa natura jakoś nie mogła strawić tej jednomyślności.
-         A właśnie, właśnie ! – zdaje się, że trafiłem, jak kulą w płot, bo to była tylko woda na młyn ich rozumowania -  a czemu ich karmi? Bo oni nas, prawdziwych Filipowiaków gnębią!
-         Przybłędy, skurwysyny jedne !
-         Nic nie robią, tylko chleją i się pierdolą!
-         Narkomany, pijaki , ejdsowce!
-         Wszystkie ze wszystkimi się pierdolą! – przekrzykiwali się wzajemnie – dobrze chociaż, że te ichne bachory z naszej szkoły zabrali, bo to sodomacja była!
-          Ty wiesz, co oni na nasze dzieci mówili? – pałał świętym oburzeniem Jurek – jeden taki powiedział – „stuknij mnie jeszcze raz, a jak na ciebie plunę to Cię ejdsem zarażę!
-          To znaczy, że jednak nasze dzieci nie bardzo je lubiły? – spytałem z głupia frant.
-         Lubiły? A tłukły je, ile wlezie! Szkoda, że ich nie zatłukły!
-         Tak jest, powinni ich wszystkich spalić, tak jak Hitler Żydów – Ślepawy wrócił do swojego ulubionego tematu. – bo te Żydy...
-         A kto im te jedzenie robi? –  wtrąciłem pospiesznie, bo na temat Żydów to ja już dość się nasłuchałem.
-         A taka  jedna, bar tu niedaleko prowadzi. Jak jej tam na imię? – Ślepawy spojrzał pytająco  na Jurka.
-         Musi co Beata...
   Beata? Dla mnie może ona być i Honorata. I tak mnie karmić nie będzie...
   O to luks dziewczyna, fajna- wyraźnie ożywił się Jurek – o z taką to ja bym, ten tego – rozmarzył się – czarnulka...
„eee, pewnie farbowana blondynka” pomyślałem.
-         szczupła, nieduża...
„chudy kurdupel....”
  - oczka ciemnie, jak migdały...
„pewnie zezowata...”
-         ząbki białe...
„jak perełki. -  białe, drobne, a w każdym dziurka, szczerbata Beata, szczerbata Beata...”
   Dziwna rzecz, im bardziej Jurek się roznamiętniał opisując tą Beatę, tym bardziej mnie to wkurzało. Na próżno próbowałem w myślach zohydzić jej obraz, wyobrażając sobie, że to jakaż pokraka. Jurek aż ślinić się zaczął wyobrażając sobie jak on z tą Beatą ten tego, bara bara, a mnie nerw zaczął chwytać. Wyszło na to, że ja, stary dziad, który tej dziewczyny na oczy nigdy nie widział, że ja jestem o nią zazdrosny! Co za głupota! Ale świadomość bezsensu i śmieszności tego faktu wcale mnie nie uspokoiła. Wręcz przeciwnie, gdy wyobraziłem sobie, że on ją tymi ohydnymi łapami obejmuje, że lezie do niej ze swoją zapijaczoną obrzydliwą mordą, całuje, to tak mną zatrzęsło, że niechybnie pizgnąłbym w łeb tego całego Jurka, aż by się z krzesełka zwalił, a i pewnie nogami bym go leżącego trochę sponiewierał, aby nie przyszła mu do głowy głupia myśl, żeby mi oddać, ale na szczęście napiętą sytuację rozładował Ślepawy.
     Nadął się, widać coś mądrego chciał powiedzieć. No i rzekł uroczyście:
-         Panowie, dorośli jesteśmy, więc nie ma co tu kryć: Baby nie przeruchasz, wódki nie przepijesz!
     O, co prawda, to prawda. Pokiwaliśmy głowami i każdy w myślach zrobił rachunek sumienia.
     Cóż,  próbowałem i ja w życiu  wszystkiego. Były i wina  i wódki wszelakie, barabolce, patykiem pisane, siarką zaprawiane, były i krzakówy i bimbry  i ruskie wynalazki i piwa różnorakie, za dobrych czasów to i te whisky, koniaki, burbony szły, chociaż nie powiem żeby mnie to bardzo smakowało. Nie ma to jak nasze, polskie, czyste. A zresztą nieważne jak smakowało, ważne że sponiewierało i o tej szarej, nędznej rzeczywistości pozwalało zapomnieć. Tylko jakoś denaturatu nie próbowałem.  Zapach mi nie odpowiadał, a może kolor się nie podobał. Chociaż głowy za to, że jego nie piłem, to bym nie dał.
    Były i baby, a jakże. A najlepiej to było, jak ten Fundusz Wczasów Pracowniczych  funkcjonował. Przyjeżdżało to to z całej Polski spragnione przygód i rozrywki, a ile to można się w tych jeziorach kąpać? Jakież tu były inne atrakcje? I nie trzeba było dużego zachodu, ot parę miłych słówek –„księżniczko ty moja”, „takiej pięknej dziewczyny jak ty, to tu jeszcze nie widziałem”, „chodź, pokażę ci bunkier z drugiej wojny światowej, potem jeszcze ci coś ciekawego pokażę”. I szły. I oglądały. A jak jedna obejrzała, to drugiej powiedziała, tak że miałem powodzenie, nie powiem, bo ja, chociaż kurduplowaty jestem , to zaganiacza mam, że ho, ho! A może to właśnie dlatego? Jak z jednej strony nie urosło, to z drugiej strony dobawiło?
     Przeszło wszystko, minęło... Z miejscowymi też próbowałem, owszem, ale tu już gorzej, bo to bardziej na poważnie. A ja raczej taki krótkodystansowiec byłem. Jak która chciała na dłużej, to zaraz wyłaził mój paskudny charakter i tak dziewczynie dokuczałem, że w końcu odchodziła, jedna po drugiej. Aż w końcu któraś w złości powiedziała i to przy ludziach: „Wiesz, czemu ty , Markobrodaczo, taki wredny jesteś? Bo ty mały jesteś i tobie serce o gówno się opiera!” I śmiech się zrobił na całą wioskę i nie miałem już takiego powodzenia , a od tej pory to jeszcze wredniejszy się zrobiłem.
     Ech, niemiłe to było wspomnienie. Rozmowa się już jakoś urwała, każdy w milczeniu przeżuwał swoje myśli, a że ciepło było, nic się nie działo, wójt się nie pokazywał, wiec postanowiłem się zdrzemnąć Wyciągnąłem nogi, głowę zwiesiłem, oczy przymknąłem i zacząłem sobie wyobrażać że leżę na łące. Bo mnie się wtedy dobrze zasypia. Leżę sobie na tej łączce, słoneczko majowe przygrzewa, kwiatuszki pachną, ptaszki świergoczą, bąki buczą, pszczółki brzęczą, a  gdzieś z lasanku wyszła piękna, długonoga sarenka...Tfu!
     Nie wiedzieć czemu, tak mnie ta długonoga sarenka zdenerwowała,  ze snu wytrąciła, że aż plunąłem ze złości i oplułem but Jurka. Ten się wcale tym nie przejął, tylko skrzętnie wykorzystał moją ślinę glansując but o nogawki swoich spodni, bo wiadomo, że najlepszy połysk butom nadaje ślina. Inna rzecz, że jego butom to akurat połysku nie dodało, ale i spodniom nie zaszkodziło. Tylko jakaś urzędniczka, która przechodziła obok z dzbankiem na kawę spojrzała na nas groźnie, przystanęła, otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale jak popatrzyła na nasze ponure, zapijaczone i nieogolone mordy, to tylko machnęła ręką i poszła dalej. A niech sobie idzie w kibinimatier. Jeśli chodzi o ścisłość to dwie mordy były niedogolone, a jedna brodata, ale nie zmieniało to faktu, że nadal tkwiliśmy pod sekretariatem jak te trzy kołki w płocie i nawet pies z kulawą nogą nami nie chciał się zainteresować.
   Długo to trwało. A kiedy tak człowiek tak siedzi dłuższy czas o suchym pysku to dziwne rzeczy zaczynają się z nim dziać. Najpierw dygotać zaczął Jurek. Potem mną zaczęło telepać. Nie wiem, czy dla towarzystwa, czy z rzeczywistej potrzeby dygotać zaczął i Ślepawy. I tak nami trzęsło i rzucało, że dygotać z nami zaczęły i krzesła i przeniosło się to na podłogę i w pewnej chwili stolik pod wpływem wstrząsów zaczął odjeżdżać i nie wiem co by dalej było, bo zaczęliśmy dygotać jednym rytmem i już kwiatki na parapecie zaczęły jeździć i  tabliczki na ścianach zaczęły lekko podzwaniać i pewnie zawaliła by się nasza gmina grzebiąc pod sobą nas  i całe te gminne tałatajstwo z wójtem na czele, bo już ściany zaczęły wpadać w rezonans i wtedy już nie ma zmiłuj się i dlatego żołnierze przez mosty muszą przechodzić swobodnym krokiem, bo ten rezonans to straszna rzecz i wszystko wtedy się wali, ale wtedy nagle wójt nagle otworzył drzwi od swojego gabinetu i wszedł do sekretariatu. Natychmiast te dygotanie przeszło nam, jak ręką odjął i nadstawiliśmy ciekawie uszy.
-         A niech to wszystko szlag trafi, żebym wiedział, że tu takie bagno, to w życiu, bym się za to nie brał, papiery,  papierki, sprawozdania, a te finanse... – zaczął biadolić wójt.
   Wtedy sekretarka coś po cichu do niego powiedziała, nie usłyszeliśmy co, ale pewnie coś o nas, bo wójt zaczął krzyczeć:
  -  Pieniądze? Jakie pieniądze? To ja po całym województwie jeżdżę, wszystkie klamki całuję, żeby użebrać coś na drogi, kanalizację, a oni myślą, że ja im będę pieniądze rozdawał? A niech idą przy   modernizacji parku pomogą, to może dam im parę groszy...
   Co? Nas, filipowską arystokrację do łopaty? Człowiekowi ciężko szklankę w ręku utrzymać, a on nas do łopaty? Tak nas ta myśl przeraziła, że nawet nie zauważyliśmy, kiedy znaleźliśmy się na ulicy.
-         Słyszeliśta? A to parszywe Żydzisko! Do roboty chciał nas zagnać! – palnąłem.   
     Ugryzłem się w język, bo w końcu skąd mi to wiedzieć czy on Żyd, czy nie Żyd i w ogóle co to ma do rzeczy. Ale na dobre to wyszło, bo nagle Ślepawy odczuł do mnie wyraźną sympatię i na piwo zaprosił.
-         A ty szoruj do domu, bo cię już pewnie mamusia szuka – powiedział do Jurka.
   Widać nie był taki hojny, żeby dwóch poić, no i Jurek obrażony poszorował, ale nie powiem, żebym bardzo tęsknił za jego towarzystwem. Otworzyłem usta, żeby powiedzieć mojemu nowo poznanemu przyjacielowi, że nie mam grosza przy duszy, ale w porę przypomniałem, że przecież mam. Jeden grosz, ale grosz. A w końcu jak chce stawiać, to niech stawia. I ruszyliśmy w wielkiej komitywie na te piwo do Syperka, ale tu już nastąpił początek końca, czyli na scenę dziejów wkroczył mój pech. Siedzieliśmy w tej gminie tak długo, że słońce wzeszło wysoko na niebo i ciepło się zrobiło i ja, do peruki nieprzyzwyczajony niebacznie ściągnąłem ją z głowy, myśląc że to czapka.
-         Popatrz, co teraz za czasy, włosy wyłażą jak w teatrze, pewnie to przez tą dziurę ozonową -  próbowałem ratować sytuację, ale Ślepawy to stary wróbel był i nie dał się nabrać na takie plewy.
-         Szpieg! WSI ! UOP! Żyd ! – zaczął wrzeszczeć i próbował mnie złapać - Ludzie, łapcie go! – krzyknął, bo odskoczyłem na bezpieczną odległość
    Daleko nie musiałem uciekać. Wystarczyło odejść na dwa metry, bo tyle wynosił zasięg jego szkieł. Patrzyłem ciekawie z bezpieczniej odległości, jak kręci się jak gówno w przerębli, krzyczy i miota usiłując mnie złapać.
-         Co się stało? Kto zmarł? Kogo zabili? – natychmiast, nie wiadomo skąd zgromadził się mały tłumek.
    Ludek filipowski bardzo ciekawy jest i nie przepuści żadnej okazji, żeby się czegoś dowiedzieć i rozpuścić potem w wyolbrzymionej formie na cały świat.
-         A nic się nie stało. Napił się denatury i szajba mu odbiła. Widać przez chleb nie przepuścił – rzekłem nielitościwie, zły byłem, bo już prawie czułem w ustach smak piwa, a tu nic.
-         Aaaaaaa! – zaryczał Ślepawy jak ranne, wściekłe zwierzę i słysząc mój głos rzucił się w moją stronę, więc już nie ryzykowałem i niespiesznie podszedłem w swoją stronę do mojej chatynki.
   Klękajcie narody, truchlej ludu chrześcijański, bo oto nadeszła ta straszna chwila, co mi spokój ducha odebrała i napełniła lękiem bezbrzeżnym. Jeszcze teraz gdy o tym pomyślę, tchu w piersiach mi brak  i strach mnie ogarnia i przerażenie. Otóż gdy tak sobie spokojnie szedłem do domu, nagle, z piskiem opon zatrzymał się obok mnie jakiś  ciemny samochód. Drzwi się otworzyły -  wysiadł On. Zaczął sunąć w moją stronę i tak jakoś dziwnie mówić:
-         Aaaa, smarkobrodaczo, mam ciebie, markokbrodaczo, już mi się nie wywiniesz, dopadłem cię....
   Jedną ręką twarz zasłaniał, a drugą tak jakby zapraszał w ciemną czeluść auta. Podchodził coraz bliżej i ciągle jakimś takim dziwnym głosem ni to syczał, ni to charczał, ni to mówił:
-         Nie podoba się? Głupoty w głowie? Szkalujemy? Opluwamy? A na kogo głosowałeś? Chodź tu, markobrodaczo, chodź, już mi nie ujdziesz...
   A ja stałem jak sparaliżowany. Nie wiem, czy mi ciemno w oczach się zrobiło, czy to niebo pociemniało, czy to stado wron krążąc nad parkiem ochryple krakało, czy też jakieś dziwne, latające stwory na niebie się pojawiły, chciałem uciekać, lecz nogi wrosły w ziemię, chciałem krzyczeć, lecz głos mi uwiązł w gardle. A on był już o krok ode mnie i już mnie brał i już mnie chciał wciągnąć do samochodu i prawie mi do ucha wysyczał:
-         Na mocy paragrafu 243 KK ... – ale w tym momencie ktoś wyszedł od „Firka”. I on się spłoszył. Cofnął się nagle i szybko odjechał w stronę Gminy. I czar prysł.
   O, jak dygotały moje biedne starcze nóżki, gdym tak biegł, pochlipując i przewracając się co krok  do mojej zbawczej chatki! Jaki wielki lęk ścisnął żelaznymi obcęgami moje stare zmęczone serduszko! Nagle uświadomiłem sobie, jaki ja słaby, jaki ja stary i jaki ja głupi, że śmiałem zaczepić Władzę!
    Gdzie jesteście, o przyjaciele moi! Ratujcie mnie biednego, starego głupca przed tym strasznym człowiekiem! Czyżby to był sam Rzecznik Prasowy Urzędu Gminy? I skąd on mnie, u czorta, zna?
    RAF, przyjacielu, gdzie jesteś? Ty tak się dobrze znasz na paragrafach, co to za paragraf 243 KK? Pomóż mi, oświeć mnie, ja Tobie rybek nałowię...
    Benek,  przebacz mnie durnemu staremu, jeśli Ci coś złego powiedziałem, co złego, to nie ja, Ty taki silny jesteś, może byś mnie obronił?
   Robo, rusz dupę z tych Jeziorek, przybądź, stań w obronie starego głupca,  który znalazł się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, a chociaż nędzne te moje życie, to każdy żyć chce i ja też...
Wzywam wszystkich, którzy mnie teraz czytają, błagam Was, może ktoś  zna tego strasznego człowieka. Wysoki, łysawy blondyn (a może tylko mi się tak zdawało), samochód to chyba jakiś ciemny, może granatowy, chyba japoński (Mazda? – a może tylko tak się przywidziało) Kiedyś krążyły po Polsce czarne Wołgi i ludzi porywały, a teraz czarne Mazdy...
LUDZIEEEEEE!  RATUNKU!!!!!!!!! POMOCY!!!!!
                                                     KONIEC