ROGER SCHORPE
„Skuczno i grusno” w tym naszym Filipowie, latem to jeszcze pół biedy, ale zimą to aż wyć się chce. A najgorzej, że nie ma żadnej roboty. Nic więc dziwnego, że co rusz ktoś próbuje szukać szczęścia w dalekich krajach. Kiedyś to najbardziej opłacało się lecieć do Ameryki, ale przerażała ta Wielka Woda, a i nie każdego było na to stać. Jednak ten bilet trochę kosztował. Ale teraz to i ta Ameryka to nie taka, jak była kiedyś, a po otwarciu granic robotę można znaleźć całkiem blisko, chociażby w Niemczech czy Anglii. A najlepiej w Londynie, bo i robota jest, a i Polaków sporo, no to człowiek nie zginie. Nawet taki prowincjusz jak Filipowiak.
Pierwszy poleciał Kaminiak. On zawsze był wyrywny i pierwszy do wszystkiego ” i do bitki i do wypitki”, jak to się mówi. Nie minęło czasu mało wiele i zadzwonił do nas:
„ Chłopy, przyjeżdżajta, jest robota na budowie, zrobim brygade, będziem napierdalać, dobrze płacą!”
No i faktycznie, płacili dobrze. Pięć funtów za godzinę, a dla Kaminiaka, że to niby brygadzista, siedem. Góra pieniędzy. A i ta budowa to się okazało, że to żadna budowa. Ot stał taki piętrowy szeregowiec, tyle że obity deskami i te deski już przegniły i trzeba było wymienić. Robota lekka, łatwa , przyjemna i na powietrzu. Super nam się robiło, aż tu pewnego razu nasz pracodawca przyprowadził murzyna: „On robota tu” powiedział i poszedł. Dobrze, że znał trochę polskiego, miał trochę tych Polaków pod sobą to i się nauczył, bo my tego angielskiego ta ani w ząb. Bo i po co nam ten angielski, jak pełno Polaków dookoła a i sklep z piwem, żarciem i Polakiem za ladą tuż za rogiem.
Na chuj nam murzyn? Pieciu nas było, jak w sam raz i szóstego nam nie było trzeba. I żeby to jakiś porządny murzyn był. Ten nasz był jakiś wybrakowany. Stary, chudy, drobny i na dodatek jakoś tak dziwacznie ubrany. Na głowie miał zawiązaną jakoś taką wielką chustę a na sobie cos takiego jak komża u księdza. Dobrze chociaż, że w spodniach. Sterczało to nieszczęście przed nami z plastikową półtoralitrową butelką wody pod pachą i lękliwie spogladało na nas. Kaminiak obszedł go dookoła raz i drugi, obejrzał od stóp do głów i splunął z pogardą. Oj, nie spodobał mu się ten nowy pracownik, nie spodobał! Ale co zrobić, szefa słuchać trzeba.
- Coś ty za jeden! Jak się nazywasz! – wrzasnął Kaminiak i stuknął palcem w chuderlawą pierś murzyna. Wrzasnął, bo to jakoś tak jest, że jak się gada z kimś kto, nie zna twojego języka, to tak jakbyś z głuchym rozmawiał i człowiek odruchowo podnosi głos w nadziei że może zostanie zrozumiany. I faktycznie murzyn zrozumiał.
- Ajm Rodżer – powiedział pośpiesznie i głęboko się ukłonił.
- Rower, powiadasz? Niech ci będzie, że rower, chociaż ty mi raczej wyglądasz na hulajnogę – zarechotał Kaminak, a my za nim – No to słuchaj Rower bo nie będę dwa razy powtarzał, ty tu nam potrzebny jak gówno w trawie ale jak jesteś to trudno, może do czegoś się przydasz. Patrz tu jest deska – Kaminiak wziął deskę i podetkał murzynowi pod nos. – Jak pokażę ci jeden palec – Kaminiak zademonstrował m u swój wskazujący palec z czarną obwódką brudu za paznokciem – to wtedy masz nam podać na rusztowanie deskę, rozumiesz? Na rusztowanie, do góry ! – machnął demonstracyjnie ręką.
- Jes, jes, ajm anderstand – rzekło skwapliwie murzynisko.
- Dobra, a jak pokażę dwa palce to zapierdalasz z gwoździami, paniatno?
- Jes, jes, ofkors.
- A trzy palce to znaczy, że masz przynieść piwo – podetkał mu butelkę pod nos.
- Jes, jes.
No i dobrze. Wleźliśmy na rusztowanie, Kaminiak pokazał jeden palec, murzyn przyniósł deskę, pokazał dwa palce murzyn pognał po gwoździe, przepracowaliśmy może z pół godziny i Kaminiak pokazał trzy palce. Murzyn stanął jak wryty podniósł rękę z rozcapierzonymi pięcioma palcami i obrócił ją dwa razy – raz grzbietem, raz wnętrzem dłoni, raz grzbietem, raz wnętrzem dłoni .
- Co za chuj? – zdziwił się Kaminiak. Zlazł z rusztowania i powtórzył cała lekcję mocno pracując rękami. Wlazł z powrotem , pokazał palec, murzyn przyniósł deskę, pokazał dwa palce, murzyn przyniósł gwoździe, pokazał trzy palce, murzyn stanął podniósł rękę i powtórzył swój poprzedni gest.
- Coś nam się czarnuch zawiesił – stwierdził Jeżyk, prawa ręka Kaminiaka – Może go zresetować? Jak mu piznę w łeb to mu ta czapka spadnie i może w końcu zrozumie o co ci chodzi.
- Zaczekaj – Kaminak miał nadludzką cierpliwość. – spróbuję jeszcze raz.
Powtórka z rozrywki. Kaminiak pokazał trzy palce, a ta cholera dalej macha swoją łapą.
- A by cię szlag trafił! – wściekł się Kaminiak – Kiego chuja!
- DARK OR LAIT! – zaryczało nieszczęsne murzynisko i znowu zademonstrowało tą swoją łapę jaśniejszą pod spodem i ciemniejszą na grzbiecie.
- Cooo???? Głos będziesz podnosił? Na Pana? A masz! A masz! - Kaminiak zaczął napierniczać w niego kawałkami desek, narzędziami, gwoździami, czym popadło. A my za nim. Murzyn skulił głowę między spiczaste ramiona i zaczął uciekać zakosami niczym ten partyzant w czołówce serialu ”Stawka większa niż życie”, z tym że tamtego Niemcy zastrzelili, a naszemu murzynowi się udało. Spierdolił.
I tak Roger Schorpe stracił pracę już pierwszego dnia. Roger Schorpe, który tak naprawdę nie był żadnym Murzynem, ale Hindusem, byłym profesorem uniwersytetu w New Delhi, poliglotą, czyli wybitnym znawcą wielu języków w tym m.in. hindi,gudźarati,marathi,malajalalam,urdu,orija, że o angielskim, hiszpańskim i francuskim już nie wspomnę. Ale największym specjalistą był w dziedzinie sanskrytu, autorem monumentalnego pięciotomowego dzieła „Analiza porównawcza sanskrytu i języka aramejskiego.” Niestety chociaż był Hindusem, ale nie był hindusem, tylko katolikiem a to tam było niemile widziane, oj, bardzo niemile. Tam za bardzo się nie pierniczą, jak coś nie pasuje to podsadzają bombkę i wysyłają delikwenta do nieba razem z rodziną i sąsiadami na dokładkę, żeby mu tam nudno i samotnie nie było. Naszemu Hindusowi do nieba się nie spieszyło, więc sprzedał wszystko co się dało (jednak z Indii do Anglii jest trochę dalej niż z Polski i bilet co nieco kosztuje) i zameldował się na naszej budowie.
No i co? No i na co on tyle języków znał? Niby taki mądry, a nie widział, że to język polski jest językiem Panów. Niby katolik, a nie wiedział, że Matka Boska jest królową Polski, a Chrystus miał zostać królem Polski, ale Mu trochę głosów w sejmie zabrakło. Ale to nic, co się odwlecze to nie uciecze, a na pociechę postawiliśmy Mu największy pomnik na świecie. I słusznie go pognaliśmy, niechby się uczył polskiego, to może do dziś by nam piwo donosił, a takto niestety spadło to na mnie.
Długo zresztą tam nie zabawiliśmy. Pewnego razu zachciało nam się podprawić piwo ichnią wódką, a to straszne paskudztwo jest, taki bimber na rudych myszach pędzony. No i od słowa do słowa zaczęła się Polaków rozmowa. Poszło zdaje się o to czemu to niby Kaminiak zarabia więcej od nas, co to niby on lepszy? Nie minęło czasu mało wiele, zagrała w nas sarmacka krew i w ruch poszły deski. Ja tam udziału w tym nie brałem, bo moje doświadczenie życiowe mówiło, że długo to nie potrwa, więc pośpiesznie spijałem resztki tej ich wisky. I rzeczywiście zaraz zjawiła się policja. Nawet konnicę przysłali. No, nikt nie ma prawa wpierdalać się w nasze sprawy więc utworzyliśmy front jedności narodu i rozpoczęła się bitwa. O wspaniała to była walka, nawet podobno potem w gazetach o tym pisali, jak starły się Lwy Albionu z Niedźwiedziami Północy. I ja, nie chwalący się, niejedną deskę połamałem, rozpłaszczając te ich czapy i niejednemu rozdzwoniły się w głowie Big Beny. Ale kiedy zjawiła się brygada antyterrorystyczna, trzeba było wiać, w końcu klęski narodowe to nasza specjalność, a jak powiadają starożytni Indianie: „Nec Hercules contra plures” co w tłumaczeniu na nasze znaczy „ I Kaminiak dupa kiedy ludzi kupa”.
-Na Hitroł !!!! – ryknął nasz wódz i popędził w kierunku lotniska na zdobycznym rumaku. A my dachami za nim, bo ten Londyn jakoś tak śmiesznie zbudowany, że łażąc po dachach można przeleźć cały Londyn wszerz i wzdłuż. I tak się skończyła krótka ale treściwa najnowsza wojna między Polską a Anglią. Nie udało nam się obronić naszej Reduty Ordona ale pożytku z niej Anglicy też nie mieli, bo zostawiliśmy ją w gorszym stanie jak przed remontem. W znacznie gorszym stanie.
Wszystko fajnie, tylko jakoś ten Roger Schorpe nie może wyleźć mi z głowy. Trochę głupio z nim wyszło. Więc jak go spotkacie, to powiedzcie, że go zapraszam do siebie na sok z gumijagód. Tylko niech przyjedzie głęboką nocą, żeby go nikt nie widział, bo drugiego spotkania z naszą chrześcijańską, katolicką społecznością mógłby nie przeżyć.
Copyright by Markobrodaczo, Filipów, styczeń 2012. All rights reserved.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz