KOBIECA LOGIKA CZYLI OPOWIEŚĆ NIEZNAJOMEGO
Wyszedłem na spacer. Jak co dzień robiłem poranny obchód Filipowa.
Och, ileż ja się w życiu nie
nakombinowałem z tym spacerem! Szedłem na prawo, szedłem na lewo, szedłem wprost
i szedłem wspak i szedłem szlakiem bunkrów powojennych i szlakiem
bitew przegranych i szedłem szlakiem jezior i szlakiem spływów kajakowych! I na cmentarze, chociaż mi tam
wcale niespieszno. Ale w jakimkolwiek kierunku bym nie szedł, jakakolwiek idea
by mi nie przyświecała, jaki cel chwalebny i tak zawsze w końcu lądowałem u
„Magdalenki”, przy stoliczku na świeżym
powietrzu za wysokim płotem.
Ale dzisiaj zaparłem się,
powiedziałem sobie: „Nie, dzisiaj do „Magdalenki” nie pójdziesz! Dzisiaj jest
niedziela, dzisiaj pójdziesz do kościoła!” I nawet specjalnie oczy zamknąłem
przechodząc przez park, bo przecież znam te filipowskie drogi na pamięć i kiedy
mi z rachunku wyszło, że powinienem stać już przed kościołem otworzyłem oczy i
co? Okazało się, że stoję przed „Magdalenką”, a Pani Właścicielka o Płomiennych
Włosach zaprasza serdecznie lekko schrypniętym głosem: „No właź, mordo
zapijaczona, dzisiaj wyjątkowo przy niedzieli na zeszyt wpiszę”.
I co ja mogłem zrobić? Co począć?
Powiedzieć że idę do kościoła? Sprzeciwić się? Ooo, widziałem już takich,
którzy próbowali dyskutować z Panią o Płomiennych Włosach, a potem orali mordą po asfalcie i uciekali jak
niepyszni, szczęśliwi, że chociaż na urodzie stracili, to życie zachowali. Bo
ta pani ma wielkie, gorące i dobre serce, płomienne włosy i takiż temperament.
Ja głupi nie jestem. Westchnąłem tylko nad swoim przeznaczeniem, pokornie
przyjąłem wielki dar ducha, piwko (zimne! Prosto z lodówki!)i usiadłem w
altance. Sączyłem je powoli, żeby na dłużej starczyło, bo akurat chwilowo
cierpiałem na brak gotówki. Ta chwila trwa już chyba z pięćdziesiąt lat, no ale
cóż to znaczy wobec wieczności i nieskończoności.
Po jakimś czasie usiadł obok mnie
jakiś facet, ot taki jak wielu, nic nadzwyczajnego, z gęby całkiem do nikogo
niepodobny, tyle, że strasznie jakiś taki zamyślony był. Nawet nie zapytał mnie
normalnie, kulturalnie i retorycznie, czy może przy mnie usiąść, tylko od razu
dorwał się do tego swojego piwa, a wzrok mu błądził gdzieś daleko w
nieprzebytych przestworzach. Coś tam mocno w tej głowie kombinował, aż mu kopułka się podnosiła i czacha dymiła, ale
wypił jedno piwo, potem drugie i przy trzecim spostrzegł, że nie sam siedzi. A
piwo to jest cudowny napój, który łagodzi ból istnienia, zbliża ludzi i
rozwiązuje języki więc i on do mnie odezwał się tymi słowy:
- Panie, nigdy nie
zrozumiem kobiet. Na ten przykład moja żona. Bo widzisz pan, ja mam
żonę...
- Są gorsze nieszczęścia na tym świecie – rzekłem by go
pocieszyć, ale on widocznie nie pociechy chciał, tylko chciał się po prostu
wygadać, bo tylko machnął niecierpliwie
na mnie ręką, więc już mu nie przerywałem.
- ...mam żonę i
żyjemy ze sobą normalnie, jak wszyscy już chyba ze dwadzieścia lat, czasami się
kłócimy, czasami lubimy, ale żeby tak ją zrozumieć, to nie, nie da rady. Podam
panu przykład. Ja, na ten przykład, nie za bardzo porządny jestem, ot, jak
gdzieś coś rzucę, to leży i mnie nie przeszkadza, na głowie nie leży, a moja
żona to straszna pedantka jest, wszystko ma być na swoim miejscu, nic nie może
się zmarnować, panie, ona nawet taką wyciskarkę do pasty do zębów kupiła, żeby
się nic nie zmarnowało i mnie do mycia zębów zmusza, nie, ja brudas nie jestem,
kulturalny ze mnie człowiek, zęby myję, ale to normalnie, jak gdzieś wychodzę,
ale ona mnie każe myć zęby po każdym jedzeniu i jeszcze sprawdza czy
szczoteczka jest mokra, czy naprawdę umyłem te zęby, widzisz pan, niby taka
oszczędna, wyciska tubkę do imentu, a tu taka niegospodarność, no po co tak
często te zęby myć, toż to można szkliwo zedrzeć, a i pasta nietania, jakaś tam
blendamenda, o , bo, ona wielka pani jest, byle czego do gęby nie włoży, nie,
nie! No i widzisz pan, niby gospodarna, a taka rozrzutna, gdzie tu sens, gdzie
tu logika?
Tu pociągnął tęgi łyk piwa i
dalej ciągnął swą opowieść:
- Albo więcej panu powiem, ona
taka porządna jest, wszystko na swoim miejscu, ale nigdy nie pamięta, gdzie
swoją torebkę zostawiła. Co ona ma w tej torebce, to sam pan wiesz, jak to u
baby, ja tam nie zaglądam, ale ona nieraz przy mnie tam grzebie, to aż dziw
bierze, jak się to tam mieści, jakieś pudełka, pudełeczka, notesiki, guziki,
smarowidła, portfeliki, chusteczki, diabli wiedzą co jeszcze, ale ja nie o tym,
to każda tak ma, ale ona wiecznie gdzieś tą torebkę zostawia. No i raz mówi do
mnie:
- Idź, przynieś moją torebkę z pokoju, leży na stole.
Szukam.
Nie ma.
- No to zobacz pod stołem.
Nie ma.
- Och Boże, co za
ciamajda, czy ty choć raz w życiu coś znalazłeś?.
- Ciebie znalazłem –
próbowałem zażartować, chociaż już mnie nerw chwytał, a ona mi na to:
- Gówno prawda, żebym ciebie do łóżka nie zaciągnęła, to do dziś
byś jak ten dureń sam siedział.
No i tak od słowa do słowa, pyskówka już leci
ostra, przetrząsam ten nieszczęsny pokój w te i z powrotem, a ona w pewnym
momencie mówi:
-
Idź, Wojtek, przynieś torebkę z kuchni, stoi przy wersalce.
Bo my syna
mamy, Wojtek mu na imię.
Zesłabiło mnie. Usiadłem.
Policzyłem do dziesięciu, potem wspak a potem jeszcze raz do dziesięciu,
dychnąłem i mówię cicho:
- Kobieto, toż ja
już godzinę ten pokój przewalam, już prawie deski zacząłem odrywać, już termin
rozwodu przez tą zasraną torebkę prawie ustalony, a ty teraz mówisz, że ona w
kuchni?
A ona na to:
- A tam, ty i tak
byś nie znalazł.
Bo kobieta zawsze, panie, musi
mieć ostatnie zdanie, taka już jej natura.
Zadumaliśmy się nad zawiłościami
natury kobiecej, pociągnęliśmy po łyczku, a on opowiadał dalej:
- Wszystko u niej
poukładane, obrusiki, talerzyki, zasłonki i pamięta, gdzie co pięć lat temu
położyła, ale na ten przykład jak przyjdzie z pracy, to w pierwszym rzędzie
zdejmuje zegarek. I kładzie go byle gdzie i nigdy nie pamięta, gdzie położyła.
No i raz z rana siedzi w przedpokoju, a że buty miała już nałożone, więc
zaczęła nas ganiać za tym jej zegarkiem. Latam ja, lata Wojtek i Piotr biega, bo
my jeszcze starszego syna mamy, Piotr mu na imię, a tego cholernego zegarka nie
ma. Ani przy zlewie w kuchni, bo tam najczęściej zostawia, ani przy bidecie,
ani na półce, atmosfera coraz bardziej nerwowa, dzieci do szkoły, my do roboty,
a ona wrzeszczy: „ Dawajcie ten zegarek! Już za piętnaście ósma!” No to my
zwiększamy obroty, pod tapczan zaglądam, bo może spadł, a tu nagle słyszę, że
ona się śmieje, żeby się śmiała,
normalnie aż zanosi się ze śmiechu.
„ No, nie” - myślę
sobie – „tego jeszcze brakowało, musi co zwariowała”.
Pędzę bez tchu do
przedpokoju, patrzę, a ona się tak się śmieje, że aż słowa wykrztusić ze śmiechu nie może, łzy jej ciekną po
policzkach i pokazuje mi na zegarku, że już za piętnaście ósma, a zegarek u
niej na ręku...
No i co pan powiesz?
- Hm, -
podrapałem się po brodzie - co ja mogę powiedzieć, dzięki Bogu, ja takich problemów nie mam, jak mnie
się kobyła znarowi, to smagnę batem i spokój.
Wtedy on się, nie wiem czemu,
strasznie zdenerwował i powiedział, że jego żona to nie kobyła, że on ją bardzo
kocha i sobie wyprasza.
- Pewnie, żona
to żona, a kobyła to kobyła – usiłowałem wyjaśnić nieporozumienie, ale on już
mnie nie słuchał, tylko wstał i , jak by powiedzieli nasi bracia Rosjanie,
”wniezapno udarił mienia w gaławu i uszoł w piezdu”, co w tłumaczeniu na nasze
znaczy tyle, że podbił mnie prawe oko i oddalił się w nieznanym kierunku,
ewentualnie odszedł w siną dal, to już jak kto woli. Zginął w każdym bądź razie
w pomroce dziejów, a mnie zostawił z obitą gębą. Dobrze chociaż, że piwa nie
dopił. Prawie całe pół butelki zostało.
No i powiedz, kochany ludu
filipowski, za cóż ja znowu po mordzie oberwałem! Za miłość? Za babę, której na
oczy nie widziałem i obym nigdy w życiu nie oglądał? A niech ją kaczki pobodą!
A niech tam się, skurwysyny, kochają jak chcą, po co od razu niewinnemu
człowiekowi gębę obijać?
Tylko nic nikomu nie
opowiadajcie, bo jak ten chłop się dowie, że się nieładnie o jego kobiecie
wyraziłem, to niechybnie wróci i całkiem mnie zatłucze.
KONIEC