czwartek, 25 października 2012


MARKOBRODACZO I KAPIELISKA UZDROWISKOWE
ewentualnie
MARKOBRODACZO I UZDROWISKA KOMPIELISKOWE


   Ładny deszczyk popadał, ciepły i rzęsisty a to, lekka mgiełka uniosła się nad łąkami, wiec pomyślałem sobie, a może tak by się wykapać? Niby to już październik a ciepło nad podziw. Do Kamiennego daleko, wanny w domu nie posiadam, a tak naprawdę to nawet nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek posiadał, ale od czasu do czasu korzystałem z wanny na świeżym powietrzu, którą jakiś litościwy człowiek ustawił ją dla mojej potrzeby na swojej łące. I tak sobie ide i dojszłem i się położyłem. W wannie. Leże i patrzę że wcale nie w wannie  ale na ziemi. A przecież  sem szedł normalnie odruchowo na lewo krzaczki na prawo pagórek tu trzeba duży kamień ominąć no i hop! - do wanny. A tu ni chuja. Niby wszystko normalnie a wanny nie ma. I szedł jak trzeba i hop zrobił i na ziemi wylądował. A  tylko smutne krowie pyski dookoła i oczy pełne wyrzutu bo ta wanna to też jako poidło dla krów służyło,  taka uniwersalna wanna a  tu ani wanny ani poidła tylko jakiś smutek przedwieczny w krowich oczach i bezmuzgowie (A tak, a tak! Bezmózgowie przez „u” zwykłe! Jakieś  szaleństwo! No , ale z drugiej strony, toż to przecież zwykłe krowy) i jakaś wielka pretensja. A co ja winien? Ni ma wanny. Dziwna sprawa.

    I ja tu przetrzeźwiał po raz pierwszy.

   No trudno, myślę sobie, nie ma wanny nie ma kąpieli, to chociaż krowiego mleczka się napjie więc muuuuwię (coś jednak od tych krów załapałem) do pierwszej  z brzegu: Doobra Mućka, dobra.. i do sutka się przyssssysam, a tu niestety mleczka zero. Jałowa jakaś. Ale ciągam i ciągam, sutek taki jakiś twardy się zrobił i długi na pół metra  a mleka ani ciut ciut, tylko coś jakby śmietana pociekła, ale wcale niedobra. Jakaś zjełczała. Zdziwiłem się, zastanowiłem, patrzę, a tu cycki niby dwa, ale małe, za to sutek jeden, a duży jak jasna cholera.

    I wtedy przetrzeźwiałem po raz drugi.

   Wyczołgałem się z pod tej niby krowy, poklepałem ją po grzbiecie i mówię: „.Sorry, Muciek zajszła historyczna omyłka, nie bierz tego osobiście do siebie, zdarza się..” i coś tam plotę i dupą w tył, dupą w tył, a pot mnie cieknie  po plecach, ale Muciek nic, tylko tak jakoś dziwnie na mnie spojrzał i machnął ogonem. Albo jakiś nowoczesny, albo też bez tą wannę całkiem zgłupiał.
   Wydostałem się z tego pastwiska, odetchnąłem, idę przed siebie, mgły się wokół snują  jakaś taka szarówka i  nie wiedziałem czy to ranek czy wieczór nastaje. Wielka cisza dookoła i tylko w oddali stłumione poszczekiwanie psów i jakoś tak mi dziwno i nieswojo się zrobiło. A może to całkiem nie Filipów? – pomyślałem Kroczyły  obok mnie jakieś drzewa, jakieś krzaki, ale przecież takie drzewa i krzaki są wszędzie. Lazłem przez wzgórza i pagórki ale taki teren to przecież i w Przerośli i w Garbasiu a nawet w Olecku i Bakałarzewie. Toż tu nie Litwa,że tam płasko jak stół.. Nawet jakiś drewniany domek kryty eternitem mi zamajaczył, ale też, ani tabliczki ani numeru, toż takie domki są wszędzie i w Wiżajnach i w Smolnikach. Do jakiejś rzeczki się wtarabaniłem, myślę sobie, może to Filipówka, a może Rospuda to jakbym był w domu, ale z drugiej strony jakaś ta rzeka na Filipówkę za duża a na Rospudę za mała, a zresztą przecież takie coś przez Baklałarzewo też płynie i przez Raczki a i Rutka Tartak ma jakąś rzeczkę, a może nawet i dwie. A coś mnie się wydaje, że w Rutce są bardziej popierdelone ludzie jak u nas bo oni mają dwie rzeczki, a każda płynie w inną stronę.
   I tak sobie idę w tym bezczasie i bezprzestrzeni i próbują jakoś się zlokalizować i nawet na jakąś drogę wydostałem piaszczysta i kamienistą i nagle stanąłem jak wryty.

   I przetrzeźwiałem po raz trzeci.

   Albowiem przyszła mi straszna myśl do głowy.
   Nie wiem gdzie jestem.
   Jaka to kraina.
   Nie wiem która godzina.
   Tak naprawdę to nie wiem jaka pora dnia, ani jaka pora roku, bo tylko szarość dookoła i ani ciemno, ani jasno, ani głodno, ani chłodno ani cicho ani głośno…
   To może i ja to nie ja?
   Kryzys tożsamości.
   Czy ja naprawdę jestem Markobrodaczo?
   Podrapałem się po brodzie… Alboż to ja jeden brodaty. Spojrzałem na ubranie. Łachy jak łachy, normalnie jakieś spodnie jakaś bluza i buty mocno zużyte. Toż prawie każdy tak ma. To może ja tonie ja?
Zgroza mnie ogarnęła i pomieszanie zmysłów. Zerwałem się jak ten koń smagnięty batem i pędzę przed siebie nie widząc kim jestem, ani nawet czy w ogóle jestem aż tu nagle zauważyłem człowieka. Człowiek!        Jakaś staruszka lazła podpierając się laską. „Hej” – wrzasnąłem – poznajesz mnie? To ja –Markobrodaczo!”
  "Łooo Jezu!!!! – odwrzasła starucha, pizgła laską o ziemię i pooooszła… A miała takie przyspieszenie że chyba nawet amerykańska rakieta przechwytująca by jej nie dogoniła toteż w mgnieniu oka znikła  w siwej mgle. „Mgła siwa staruszka siwa,  mózg mi całkiem się zużywa” – zaczęło mi się rymować.
   Oj źle. Bardzo niedobrze.
   Nie rozpoznała mnie.
   Jeżeli nie Markobrodaczo to kto?
   „Jezuu” – krzyknęła na mój widok.
   Niemozliwe.
   Ale z drugiej strony brode mam.
   Staruszka władzę w nogach odzyskała.
   Cud.
   A i ten Muciek zamiast mnie normalnie rozwłóczyć po całym pastwisku na rogach to tylko mnie  dziwnym spojrzeniem potraktował.
   Dziwna sprawa, bardzo dziwna.
   Toteż kiedy napotkałem jakiegoś dzieciaka na oko dziesiecioletniego to podszedłem do niego bardzo ostrożnie. Ostatnia deska ratunku..
   „Choć no ino tu, dam ci cukiereczka, powiedz tylko czy ja jestem Markobrodaczo, przecież mnie znasz, to ja codziennie krążę po filipowskim rynku, przecież musiałeś mnie widzieć, skarbeczku, dziecinko kochana?” – zaszczebiotałem próbując nadać swojemu głosowi jak najbardziej łagodny i aksamitny ton, co było dość trudne, bo głos poprzez styl życia mam dość mocno złachmaniony. Ale ten tylko odskoczył na może jakieś dziesięć kroków i zaczął napierdalać kamieniami krzycząc: „Won, pedrylu, dziadzie śmierdzący! Sam sobie w dupe wsadź!”
   No tak. Tyle tylko się dowiedziałem, że na pewno nie  jestem w Filipowie, bo filipowski gówniarz to by mnie trafił przynajmniej dziewięć razy na dziesięć, a ten to ani razu. Ale się wycofałem, bo nie chciałem czekać, aż celowniki narychtuje.
   I zacząłem gnać przed siebie trapiony złymi myślami,  niewidzący i niesłyszący, zamyślony i tożsamości szukający i jak nagle nie pizgnę łbem w coś mocno twardego co się rozdzwoniło jak zygmuntowski walweski dzwon!
  Patrzę - wanna!!
   Bo przecież czy to jedna wanna stoi na filipowskich łąkach?
   Mgła się uniosła, słoneczko zabłysło.
  Ranek piękny nastał.
   Siedziałem przy wannie na Olendrach  za plecami nowy cmentarz, na prawo wzgórze Wawrzonka,  dalej idący Gawek co ja swego czasu pół wioski filipowskich bab zdeflorował, a na lewo, jak by nie patrzeć, czy przez Olendry, czy przez Jordyka a nawet drogi nakładając można przez Bema i potem Trzeciego Maja a i tak wsio rawno na rynek się trafi. A nawet i przez cmentarze.
   A tam moje kumple i moje życie.
   I mój Filipów.
   Toteż już się się kąpałem tylko  prędko na rynek pognałem, bo to przecież ranek był i kac mnie zacząłdoganiać zwłaszcza po takich przeżyciach.
   A ten dzieciak to musi był jakiś nietutejszy.


Copyright by Markobrodaczo Filipów październik 2012. All rights reserved.

Brak komentarzy: