MARKOBRODACZO I KAPIELISKA UZDROWISKOWE
ewentualnie
MARKOBRODACZO I UZDROWISKA KOMPIELISKOWE
Ładny deszczyk popadał, ciepły i rzęsisty a to, lekka
mgiełka uniosła się nad łąkami, wiec pomyślałem sobie, a może tak by się
wykapać? Niby to już październik a ciepło nad podziw. Do Kamiennego daleko,
wanny w domu nie posiadam, a tak naprawdę to nawet nie przypominam sobie, żebym
kiedykolwiek posiadał, ale od czasu do czasu korzystałem z wanny na świeżym
powietrzu, którą jakiś litościwy człowiek ustawił ją dla mojej potrzeby na
swojej łące. I tak sobie ide i dojszłem i się położyłem. W wannie. Leże i
patrzę że wcale nie w wannie ale na
ziemi. A przecież sem szedł normalnie
odruchowo na lewo krzaczki na prawo pagórek tu trzeba duży kamień ominąć no i
hop! - do wanny. A tu ni chuja. Niby wszystko normalnie a wanny nie ma. I szedł
jak trzeba i hop zrobił i na ziemi wylądował. A tylko smutne krowie pyski dookoła i oczy pełne wyrzutu bo ta
wanna to też jako poidło dla krów służyło,
taka uniwersalna wanna a tu ani
wanny ani poidła tylko jakiś smutek przedwieczny w krowich oczach i bezmuzgowie
(A tak, a tak! Bezmózgowie przez „u” zwykłe! Jakieś szaleństwo! No , ale z drugiej strony, toż to przecież zwykłe
krowy) i jakaś wielka pretensja. A co ja winien? Ni ma wanny. Dziwna sprawa.
I ja tu
przetrzeźwiał po raz pierwszy.
No trudno, myślę sobie, nie ma wanny nie ma kąpieli, to
chociaż krowiego mleczka się napjie więc muuuuwię (coś jednak od tych krów
załapałem) do pierwszej z brzegu:
Doobra Mućka, dobra.. i do sutka się przyssssysam, a tu niestety mleczka zero.
Jałowa jakaś. Ale ciągam i ciągam, sutek taki jakiś twardy się zrobił i długi
na pół metra a mleka ani ciut ciut,
tylko coś jakby śmietana pociekła, ale wcale niedobra. Jakaś zjełczała.
Zdziwiłem się, zastanowiłem, patrzę, a tu cycki niby dwa, ale małe, za to sutek
jeden, a duży jak jasna cholera.
I wtedy
przetrzeźwiałem po raz drugi.
Wyczołgałem się z pod tej niby krowy, poklepałem ją po
grzbiecie i mówię: „.Sorry, Muciek zajszła historyczna omyłka, nie bierz tego
osobiście do siebie, zdarza się..” i coś tam plotę i dupą w tył, dupą w tył, a
pot mnie cieknie po plecach, ale Muciek
nic, tylko tak jakoś dziwnie na mnie spojrzał i machnął ogonem. Albo jakiś
nowoczesny, albo też bez tą wannę całkiem zgłupiał.
Wydostałem się z tego pastwiska, odetchnąłem, idę przed
siebie, mgły się wokół snują jakaś taka
szarówka i nie wiedziałem czy to ranek
czy wieczór nastaje. Wielka cisza dookoła i tylko w oddali stłumione
poszczekiwanie psów i jakoś tak mi dziwno i nieswojo się zrobiło. A może to
całkiem nie Filipów? – pomyślałem Kroczyły
obok mnie jakieś drzewa, jakieś krzaki, ale przecież takie drzewa i
krzaki są wszędzie. Lazłem przez wzgórza i pagórki ale taki teren to przecież i
w Przerośli i w Garbasiu a nawet w Olecku i Bakałarzewie. Toż tu nie Litwa,że
tam płasko jak stół.. Nawet jakiś drewniany domek kryty eternitem mi
zamajaczył, ale też, ani tabliczki ani numeru, toż takie domki są wszędzie i w
Wiżajnach i w Smolnikach. Do jakiejś rzeczki się wtarabaniłem, myślę sobie,
może to Filipówka, a może Rospuda to jakbym był w domu, ale z drugiej strony jakaś
ta rzeka na Filipówkę za duża a na Rospudę za mała, a zresztą przecież takie
coś przez Baklałarzewo też płynie i przez Raczki a i Rutka Tartak ma jakąś
rzeczkę, a może nawet i dwie. A coś mnie się wydaje, że w Rutce są bardziej
popierdelone ludzie jak u nas bo oni mają dwie rzeczki, a każda płynie w inną
stronę.
I tak sobie idę w tym bezczasie i bezprzestrzeni i próbują
jakoś się zlokalizować i nawet na jakąś drogę wydostałem piaszczysta i
kamienistą i nagle stanąłem jak wryty.
I przetrzeźwiałem po raz trzeci.
Albowiem przyszła mi straszna myśl do głowy.
Nie wiem gdzie jestem.
Jaka to kraina.
Nie wiem która godzina.
Tak naprawdę to nie wiem jaka pora dnia, ani jaka pora roku,
bo tylko szarość dookoła i ani ciemno, ani jasno, ani głodno, ani chłodno ani
cicho ani głośno…
To może i ja to nie ja?
Kryzys tożsamości.
Czy ja naprawdę jestem Markobrodaczo?
Podrapałem się po brodzie… Alboż to ja jeden brodaty.
Spojrzałem na ubranie. Łachy jak łachy, normalnie jakieś spodnie jakaś bluza i
buty mocno zużyte. Toż prawie każdy tak ma. To może ja tonie ja?
Zgroza mnie ogarnęła i pomieszanie zmysłów. Zerwałem się jak
ten koń smagnięty batem i pędzę przed siebie nie widząc kim jestem, ani nawet
czy w ogóle jestem aż tu nagle zauważyłem człowieka. Człowiek! Jakaś staruszka
lazła podpierając się laską. „Hej” – wrzasnąłem – poznajesz mnie? To ja
–Markobrodaczo!”
"Łooo Jezu!!!! – odwrzasła starucha, pizgła laską o ziemię i
pooooszła… A miała takie przyspieszenie że chyba nawet amerykańska rakieta
przechwytująca by jej nie dogoniła toteż w mgnieniu oka znikła w siwej mgle. „Mgła siwa staruszka
siwa, mózg mi całkiem się zużywa” –
zaczęło mi się rymować.
Oj źle. Bardzo niedobrze.
Nie rozpoznała mnie.
Jeżeli nie Markobrodaczo to kto?
„Jezuu” – krzyknęła na mój widok.
Niemozliwe.
Ale z drugiej strony brode mam.
Staruszka władzę w nogach odzyskała.
Cud.
A i ten Muciek zamiast mnie normalnie rozwłóczyć po całym
pastwisku na rogach to tylko mnie
dziwnym spojrzeniem potraktował.
Dziwna sprawa, bardzo dziwna.
Toteż kiedy napotkałem jakiegoś dzieciaka na oko
dziesiecioletniego to podszedłem do niego bardzo ostrożnie. Ostatnia deska
ratunku..
„Choć no ino tu, dam ci cukiereczka, powiedz tylko czy ja
jestem Markobrodaczo, przecież mnie znasz, to ja codziennie krążę po filipowskim
rynku, przecież musiałeś mnie widzieć, skarbeczku, dziecinko kochana?” –
zaszczebiotałem próbując nadać swojemu głosowi jak najbardziej łagodny i
aksamitny ton, co było dość trudne, bo głos poprzez styl życia mam dość mocno
złachmaniony. Ale ten tylko odskoczył na może jakieś dziesięć kroków i zaczął
napierdalać kamieniami krzycząc: „Won, pedrylu, dziadzie śmierdzący! Sam sobie
w dupe wsadź!”
No tak. Tyle tylko się dowiedziałem, że na pewno nie jestem w Filipowie, bo filipowski gówniarz
to by mnie trafił przynajmniej dziewięć razy na dziesięć, a ten to ani razu.
Ale się wycofałem, bo nie chciałem czekać, aż celowniki narychtuje.
I zacząłem gnać przed siebie trapiony złymi myślami, niewidzący i niesłyszący, zamyślony i
tożsamości szukający i jak nagle nie pizgnę łbem w coś mocno twardego co się
rozdzwoniło jak zygmuntowski walweski dzwon!
Patrzę - wanna!!
Bo przecież czy to jedna wanna stoi na filipowskich łąkach?
Mgła się uniosła, słoneczko zabłysło.
Ranek piękny nastał.
Siedziałem przy wannie na Olendrach za plecami nowy cmentarz, na prawo wzgórze
Wawrzonka, dalej idący Gawek co ja swego
czasu pół wioski filipowskich bab zdeflorował, a na lewo, jak by nie patrzeć,
czy przez Olendry, czy przez Jordyka a nawet drogi nakładając można przez Bema i potem Trzeciego Maja a i tak wsio rawno na rynek się trafi. A
nawet i przez cmentarze.
A tam moje kumple i moje życie.
I mój Filipów.
Toteż już się się kąpałem tylko prędko na rynek pognałem, bo to przecież ranek był i kac mnie
zacząłdoganiać zwłaszcza po takich przeżyciach.
A ten dzieciak to musi był jakiś nietutejszy.
Copyright by Markobrodaczo Filipów październik 2012. All rights reserved.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz