piątek, 3 lutego 2017

MARKOBRODACZOLEAKS CZYLI HISTORIA PRAWDZIWA ACZKOLWIEK CIUT PRZERAŻAJĄCA O TYM DLACZEGO W FILIPOWIE NIE MA BAZY AMERYKAŃSKICH WOJSK.

Jakiści Assange ujawnił tajemnice amerykańskie i za to umieścili go w jakiejś ambasadzie, musi ekwadorskiej. Strasznie tu się nudno zrobiło w Filipowie wszyscy gdzieś się po świecie porozjeżdżali i czasami mam wrażenie że zostałem tu tylko ja i moja kobyła. Dlatego też postanowiłem ujawnić kulisy powstania bazy amerykańskich wojsk w Polsce. Może i mnie do jakiej ambasady wezmo? Ekwadorska już zajęta to ja poproszę jakąś też z cieplejszych krajów, bo zima tu u nas zaczeła się srożyć i opału nie starcza.
A było to tak.
Pewnego razu w Pentagonie jakiś czas temu zebrała się cała amerykańska wierchuszka gienerałów. Strasznie byli zafrasowane że cosik im Putin rozrabia. Radzili, dyskutowali, po głowach się skrobali a w końcu doszli do wniosku, że to trzeba jakąś bazę kole ruskich wybudować, coby ich ruchy z bliska obserwować. No a gdzie jest najwięcej ruskich czołgów, rakiet i inszego paskudztwa? No wiadomo że w Obwodzie Kaliningradzkim. Wzieli, mapę rozłożyli palcem trykneli i wyszło im, że najlepiej tą bazę zbudować w … Filipowie.
- Polaki to strasznie jakiś durny naród, ogromnie nas kochają nie wiadomo za co, to i chętnie na takie cuś się zgodzą – orzekł jeden.
- Fakt, nawet na przyjecie naszych terrorystów się zgodzili, coby tam u nich ich potorturować. Bo w Hameryce to jakoś nie wypada..
- No ale czemu Fylypów, co to w ogóle jest, toż tam jakaś dzicz, jakieś lasy, jeziora, bagna, czy tam się w ogóle da dojechać? Toż nawet tej nazwy wymówić nie można, język można połamać - zafrasował się jakiś genarał.
-A na co ci drogi. I gdzie ty tam chcesz jeździć? Pobuduje się lotnisko, przyleci kilka Herkulesów, sprzęt przywiezie, jakieś stanowisko na drony się zbuduje coby nad ten Kaliningrad latały, ruskich fotografowały , koszary, magazyny no i przede wszystkim kantynę, żeby hot dogi i hamburgery były, bo czort wie co te tubylcy żrą, podobno słonine i raki, tfu, obrzydliwość! - rzekł generał lotnictwa.
- A że nie można tego Fyl, Fly Fylympowa wymówić to i lepiej, trudniej będzie namierzyć nasze stanowiska – orzekł specjalista od szyfrów.
- Pewnie, drogi niepotrzebne, jeździć tam nie ma gdzie i po co, toż z tą hołotą bratać się nie będziemy no chiba że się złapie kilka dzikusek na jakieś małe bara-bara, zawsze to jakaś odmiana. - zatarł rączki jakiś niewyżyty.
- No ale to przecież będzie strasznie dużo kosztowało, te lotnisko, przeloty, utrzymanie bazy. Nie lepiej to te pieniądze przeznaczyć na walkę z biedą, na poprawę warunków życia naszych obywateli, na głodujące ludy Afryki? - zaczął się zastanawiać jakiś starszy generał.
Uch, jak oni wszystkie wtedy na niego rzucili! Jak zaczęli krzyczeć! Że chiba zgłupiał. Że mu na starość rozum odebrało. Że oni nie są od takich durnot, tylko od wojen. Że zbrojenia całą gospodarkę napędzają, PKB rośnie, a z tego dochodu to i owszem można jakiś jeden promil rzucić na wdowy, sieroty i inwalidów wojennych. A tak w ogóle to chyba mu czas na emeryture.
Biedny generał się skulił, ścichł, wcale już się nie odzywał, bo przecież i on chciał mieć jakąś ulicę swojego imienia, a przynajmniej jakiś skwerek.
Na koniec tej całej narady doszli do wniosku, że trzeba by sprawdzić co to jest ten cały Filipów i postanowili wysłać jednego na przyśpiegi. No i przyjechał autobusem jeden taki durny, za bardzo tołku nie miał i zamiast w Filipowie wysiadł w Motulach Starych. No i zaiwaniał na piechote do Filipowa, a po drodze spotkał Szeryfa, który mocno już ubzdryngolony wracał sobie do domu środkiem szosy śpiewając na całe gardło jakieś wojskowe marsze, żeby się lepiej szło. A że miał na sobie amerykański generalski mundur, więc ten amerykański szpion stanął odruchowo na baczność i Szeryfowi zasalutował. Szeryf dawno się nie spotkał z takimi objawami szacunku, prawdę mówiąc to w ogóle, zdaje się, nikt mu nigdy żadnego szacunku nie okazywał, więc mile zaskoczony wyciągnął zza pazuchy butelkę berbeluchy i biedaka poczęstował. Ten wypił (czyż mógł odmówić generałowi?) oczy mu stanęły w słup, padł na plecy, wierzgnął trzy razy nogami i było po chłopie. Jednakowoż Szeryf poniżej osiemdziesiątki nie schodził, a te amerykańskie biedaki to tylko jakieś burbony piją i to wodą rozcieńczone. Kudy im tam do naszych wyrobów. Szeryf trochę się zdziwił i poszedł dalej swoją drogą, a na szosie się ostał zimny trup.
Może ktoś się zapyta skąd u Szeryfa generalski amerykański mundur? A to już prosta sprawa. Jeden taki z Filipowa, ten co to giębę ma z profilu całkiem podobny do kozy ma brata w Hameryce i ten brat kupił gdzieś na wyprzedaży z amerykańskiego demobilu cały kontener mundurów. Wiadomo, co tam stare, to u nas prawie nowe, zresztą całkiem dobrej jakości te mundury były, trzeba było tylko gdze niegdzie trochę pocerować, troche uprać i można sprzedawać. Cały Filipów chodził w te mundury ubrany. Troche to i dziwnie wyglądało, bo nieraz czapka była z jakieś piechoty morskiej bluza z lotnictwa a gacie od służby kuchennej, ale to nikomu nie przeszkadzało. A że mundur bez dystynkcji słabo się prezentuje, to sobie każdy jakimiś gwiazdkami to dekorował a nikt przecież nie będzie łąził jako zwykły szeregowiec, stąd też zaludnił się ten Filipów samymi genarałami. A skąd te pagony i gwiazdki, to już nie wiem, czy ten z kozią mordą sam sprowadził, czy mu brat dosłał.
No ale wracajmy do naszej historii. W tej Hameryce, trochę się niepokoili, na meldunki czekali, a tu nic. Wysłali drugiego. Ten akurat w czwartek przyjechał, na rynek zaszedł i zobaczył jak przy straganie dwóch generałów o jakąś szmatę się biło. I też z wrażenia padł. Serce nie wytrzymało. Trzeciego załatwili smorodinowką od naszych przyjacół ruskich alkocholików kupioną. I tak to po kolei szło. Straszny się z tego w końcu ambaras zrobił, bo Amerykańcy bardzo nie lubią kiedy im ktoś ginie, a zwłaszcza za granicą. Powołali Komisję Nadzwyczajną Do Spraw Zagubionych Szpionów, radzili, się głowili i wpadli na pomysła. Przecież jest w Hameryce parę milionów ludzi polskiego pochodzenia to i we wojsku musi ich trochę być. No i faktycznie znaleźli ich trochę, a jeden, Zyby Kowalsky, nie dość, że polskiego pochodzenia, to na dodatek jego ojciec czy też dziadek pochodził z Filipowa. Wezwali go do siebie i rzekli mu w te słowa:
- Słuchajcie, szeregowy Kowalsky, jest taka to a taka sprawa, Helikoptery transportowe silniki grzeją, budżet już na bazę ustalony a tu ludzi nam znikają jak w czarnej dupie, dziurze znaczy się, trzeba jechać i sprawdzić a co tu chodzi. Jak dobrze się sprawicie to kapralem zostaniecie a może i sierżantem.
- Bonszyt, fakju maderfaker - pomyślał po ichniemu Kowalsky, ale rozkaz to rozkaz, trzasnął obcasami, potem drzwiami i do Filipowa ruszył.
A tymczasem w Filipowie sodomacja, wójt od zmysłów odchodzi. Wojny nie ma a trup ściele się gęsto. I to wszystko młode i z gęby do nikogo niepodobne, a dokomentów przy sobie żadnych i nikt do nich się nie przyznaje. Co jest? Robili sekcje zwłok, nic szczególnego, ot tyle że każdy miał trochę promili we krwi ale to góra cztery, no to przecież tyle co nic. Ogłoszenia do gazet dawali, portrety zamieszczali ale nikt się po nieboszczyków nie zgłaszał. No i trzeba było ich w końcu pochować i to oczywiście na koszt gminy. A przecież człowiek to nie pies, pod płotem nie zakopiesz. I grób trzeba wykopać i księdza opłacić. Rosła na cmentarzu Aleja Nieznajomych a wraz z nią dziura budżetowa. A przecież potrzeb co niemiara, choć na ten przykład asfalt na Olendrach wylać trzeba, toż to wstyd, środek miasta, a tu jakaś polna droga. No i co to za reklama dla gminy. Turysty przyjeżdżajo a tu jakiś pomór, gorzej jak ptasia grypa. I czym tu teraz Filipów zareklamować, jakie hasło dać w internecie? „ Chcesz umrzeć młodo , zapoznaj się z Filipowa urodo!” „Każdy tutaj prawdę powie, najszybciej umrzesz w Filipowie!” No to przecież tak nie może być!
Martwił się wójt, frasował, po głowie się skrobał, w końcu na pogrzeb kolejnego nieznanego się wybrał, w nadziei że może zjawi się tam jakiś krewny, albo chociaż znajomy i pomoże zagadkę wyjaśnić, ale nie, był tylko on, ksiądz z kropidłem i grabarze. Nawet pies z kulawą nogą nie przyszedł, tylko wróble ćwierkały i krowy gdzieś na Konisiów łące smutno ryczały.
Wrócił wójt do gminy zły jak jasna cholera, bo tylko niepotrzebnie na wiązankę kwiatów się wykosztował (nie z własne kieszeni, z budżetu gminy oczywiście, ale pieniądz jest pieniądz) czas stracił, a że gorąc był, pić mu się zachciało to wziął sobie Tymbarka w szklanej butelce, takiego co ma zawsze pod kapslem jakiś napis. Otworzył i przeczytał: „Twoja kolej”. Strasznie się czegości znerwował, butelkę z trzaskiem na biurko odstawił i zaczął działać.
Powołał specjalną Komisję Do Spraw Nagłych A Tajemniczych Śmierci. Szefem tej komisji został (zupełnie przypadkowo) jego szwagier. Ten z kolei zatrudnił sekretarkę (prywatnie jego żona) kierowcę (brat żony) i dwóch członków komisji (kumple z wojska). Tabliczkę na gminie przybili i działalność uroczyście otworzyli.
Działać zaczął też Kowalsky. Na początek zaczął szukać swoich tak zwanych korzeni kombinując skądinąd słusznie że od czegoś trzeba zacząć, a wiadomo że najlepiej się gdzieś przy rodzinie zaczepić. No i wiecie co się okazało? Że on nie jest żaden Zyby Kowalsky, tylko Zenek Kibitlewski i że wcale nie pochodzi z Filipowa, tylko z Garbasa Drugiego. No to go powieźli do tego Garbasa. On już Filipowem był mocno wystraszony, myślał że na koniec świata trafił, ale jak go zaczęli wieźć do Garbasa, przez Mieruniszki gdzie straszą ruiny kościoła, przez te łąki, oczerety, nieużytki, lasy i jeziora, po tym nieszczęsnym bruku, to w pewnej chwili przyszło mu na myśl, że co musi ruskie go zdekonspirowali i na Sybir wloką. Ale nie, dojechali do tego Garbasa, a jak się ludzie dowiedzieli, że Amerykaniec przyjechał i to na dodatek jakiś niby stąd, to każdy się do jakiegoś pokrewieństwa przyznawał, albo chociaż znajomości i każdy chciał go ugościć. No jedzenia to joni za dużo nie mieli, ot trochę kartofli i tyle co z jeziora można wyciągnąć, no ale przecież pić mieli co. Bez jedzenia to można jeszcze pożyć, no ale bez picia nie.
Oj, chyba lepiej by dla niego było, żeby on tej swojej rodziny nie szukał! Nie żeby go ta wóda wykończyła, ale niestety geny rodzinne w nim się odezwały i jak zaczął pić to pił już na umór. I gdzieś po dwóch tygodniach doszedł do wniosku że on żaden Hamerykaniec tylko najprawdziwszy Polak, swojak, tutejszy. I zaczął słać meldunki. Pierwsze to były nawet składne coś w rodzaju: „ Bazy chceta a wizów nie dajeta? HWDP!”,ale potem to już było tylko gorzej, bo pisał tylko gdy trochę prze trzeźwiał ale wtedy trzęsionki dostawał, pazury mu na klawisze nie trafiały i wychodziło mu coś w rodzaju : „ mjkekjhddyjhe dois sWE jo cgujh hkurwa, jabhnjkesty jebhaane11” Te w Hameryce całkiem zgłupieli, deszyfrantów najlepszych jakich mieli zatrudnili, ale i tak żadnego sensu w tych meldunkach nie znaleźli. A Zenek jednak jakieś sumlenie miał i rozkaz wypełnić chciał i płakał i dupę wszystkim wkoło truł, że on ma sprawę do załatwienia natury światowej i w końcu chłopy się zebrali i uradzili, żeby go do mnie przywieźć, bo wiedzieli że, nie chwalący się, tylko ja jeden Markobrodaczo, w Filipowie i okolicach światowy i w polityce obyty.
No i siedziała ta lebiega u mnie kobyłę po grzywie głaskała i w pysk całowała dozgonną miłość jej przysięgając. Widać całkiem mu ta garbaska hara mózg zeżarła. A ja i owszem meldunek napisałem i amerykańcom wysłałem. Co tam napisałem to już tajemnica wojskowa jest, w każdym bądź razie z budowy bazy w Filipowie Amerykanie, dzięki mnie, zrezygnowali. Podobno będą ją budować gdzieś w Redzikowie, bo to też dla nich jest trudno wymówić,ale to już nie moja sprawa.
A co z tą całą Komisją Do Spraw Nagłych A Tajemniczych Śmierci? Działają i to jeszcze jak prężnie! Rozrosła się, musi już z kilkadziesiąt osób tam pracuje. Nawiązali współpracę z cmentarzami w kraju i za granicą, a szczególnie za granicą, podpisali jakieś porozumienia z cmentarzami lwowskimi,wileńskimi, francuskimi,rosyjskimi rzecz jasna i w ogóle z kim się dało. Projektami pomników się wymieniają, planami na przyszłość, sprawozdania piszą no i oczywista ciągle w zagraniczne delegacje jeżdżą. Zapisali się do Word Funeral Socjety czy jakoś tak i jakieści pieniądze stamtąd dostają, granty czy jak to tam się nazywa. Takie zapracowane, że nie mieli czasu na nasz cmentarz zajrzeć i zobaczyć, że te tajemnicze zgony całkiem ustały. Ja tam nawet ich rozumiem, po co się po cmentarzach włóczyć, od tego tylko smutek, lęk i melankolia człowieka ogarnia. Ale z tymi grantami to uważam że granda jest. Ale to już zupełnie inna historia.


Copyright by Markobrodaczo, Filipów, All rights reserved.

środa, 18 stycznia 2017

FILIPOWSKIE ELEKTROWNIE CZYLI MARKOBRODACZO NA TROPACH KLIMATYCZNEJ AFERY

Gdzieś może z dwa lata temu odbył się w Warszawie Kongres Klimatyczny. Nazjeżdżało się z całego świata klimatologów, naukowców, geologów, ginekologów, dziennikarzy, polityków i inszego tałatajstwa i dalejże obradować nad globalnym ociepleniem klimatu i co z tym zrobić. Oczywiście połowa tej bandy twierdziła, że żadnego ocieplenia nie ma, druga połowa że jest jak najbardziej, a byli i tacy, którzy twierdzili, że czy jest czy też nie ma to i tak wszystkich nas szlag trafi. Obradowali, się kłócili, szereg uchwał uchwalili, a przede wszystkim doszli do wniosku, że te ocieplenie to przez człowieka, a szczególnie przez różniste gazy którne tenże człowiek wydziela. Nie tylko ocieplenie ale i dziura ozonowa, smog i te rzeczy.
Mógłby ktoś zapytać, co ma piernik do wiatraka, czyja chata z kraja, co to nas w ogóle obchodzi, zwłaszcza że Filipów leży przy polskim biegunie zimna i nas to za bardzo nie dotyczy.
Otóż dotyczy i to nawet bardzo!
Ale do rzeczy, zara powiem o co się rozchodzi. Otóż mało kto wie, a nawet jak wie to nie pamięta, ale nie tak dawno chiba z rok temu były wybory na Filipowskiego wójta. Ja te wybory wygrałem jednogłośnie bo tak się złożyło, że urna wyborcza była w mojej chacie i jakoś tak wyszło, że nikt oprócz mnie w głosowaniu nie brał udziału, ale mniejsza o to. Wybory to wybory a wójt to wójt. Nawet ze dwa dni w gminie porządziłem ale mnie wywalili ze względów formalnych, czy proceduralnych. W pierwszej chwili nawet chciałem protestować, walczyć do Sztrasburga się odwoływać, ale w końcu machnąłem na to ręką. A pies im mordę lizał, ja na władzę nie łasy. Ale zanim mnie wywalili to zdążyłem biurko przetrząsnąć, myślałem że może jakieś whisky znajdę, bo jak wiadomo każdy wójt w biurku trzyma whisky albo koniak, co można na każdym polskim filmie zobaczyć, ale ten mój poprzednik to jakiś nienormalny był, bo nic takiego nie było nawet marnego piwka natomiast zamiast tego w dolnej szufladzie w najdalszym kątku, pod stertą papierów znalazłem teczkę z napisem „Ściśle tajne. Przed przeczytaniem spalić.” Oczywiście zaraz ją otworzyłem zacząłem czytać i powiadam wam włosy mi z wrażenia dęba stanęły! Oczywiście nie na głowie bo te gdzieś mi się zapodziały już dawno temu, ale wszystkie pozostałe stanęły. Otóż na tym kongresie jakijści amerykański uczony chińskiego pochodzenia Ma Li Naple Tek wygłosił referat pt ”Gazy wydzielane przez człowieka sposobem dupnym, ich szkodliwy wpływ na klimat oraz jak temu zaradzić” I okazało się że te amerykańcy wynaleźli taki sposób co by te gazy skraplać i na energię elektryczną w specjalnych elektrowniach zamieniać. A że Polaki wyrywne i wszystko co amerykańskie a jeszcze chińskiego pochodzenia łykają jak gięś bułke to zaraz się zgłosili i na eksperymentalną budowe takiej elektrowni zgodzili. I to gdzie? Ano właśnie w Filipowie! Że to niby Natura 2000, Dolina Rospudy i to trzeba przed tymi zmianami klimatycznymi chronić. A mnie się wydaje że to gówno prawda czyli po ichniemu bonszyt i jem tylko chodziło o to że większego zadupia niż Filipów to nigdzie nie ma a tu ludzie takie głupie że na wszystko się zgodzo. I nawet przepisy wykonawcze uchwalili (oj szybko im to jakoś poszło, szybciutko!) Najebali tego kilkaset stron urzędasy pierdolone punkty podpunkty odnośniki załączniki nie będę tego wszystkiego przepisywał podam tylko co mię się wydaje najważniejsze czyli tak zwaną kwintesencję:
1.Każdy mieszkaniec Filipowa oraz gminy Filipów od maluszka do staruszka będzie zobowiązany zbierać swoje pierdliny do specjalnych baloników – ciemnoniebieskich na noc i jasnozielonych na dzień. Czemu taki podział? Podobno te nocne są mocniejsze znaczy się mają większą wartość energetyczną.
2. Raz na tydzień te baloniki trzeba będzie zdać w specjalnym punkcie pobrań przy Urzędzie Gminy Filipów gdzie będą też wydawane następne na przyszły tydzień.
3. Gazy te będą skraplane i magazynowane w specjalnych zbiornikach a następnie przetwarzane w elektrowni.
4. Elektrownia będzie się składała z dwóch bloków : „Pierdlina Wielka” o mocy 800 Megawatów i „Pierdlina Mała” o mocy 500 Megawatów.
5. Elektrownia i zbiorniki będą wybudowane w latach 2020 do 2025 w okolicach Starego Młyna.
6. W ramach rekompensaty dla ludności będą wprowadzone bonifikaty w rachunkach za energię elektryczną (wielkość bonifikaty będzie uzależniona od ilości dostarczonego surowca.)
7. Całością tego przedsięwzięcia ma zawiadywać specjalny urząd podległy bezpośrednio rządowi.
8. Siedzibą tego urzędu będzie dotychczasowy Dom Kultury.
9. Przewiduje się dwuletni okres przygotowawczy dla ludności w latach 2018-2020 kiedy to będzie prowadzona intensywna akcja uświadamiająca potrzebę istnienia tej inwestycji oraz nauka obsługi baloników.
10.Przewidywana jest zmiana w uprawach rolnych. Mają być preferowane rośliny strączkowe (fasola, groch, bób) oraz kapusta i ziemniaki.

To tak w największym skrócie, bo tak jest jeszcze pełno odnośników, szczegółowych rozporządzeń, przepisów wykonawczych, planów lokalizacji elektrowni i zbiorników itd. itp.
No i jak wam się to podoba? Bo ja tu mam szereg wątpliwości. A prawdę mówiąc wcale mnie się to nie podoba. Skoro to ma być takie dobre, ekologiczne,zdrowe to czemu Amerykanie u siebie takich elektrowni nie stawio? Bo ja jakoś o tym nie słyszał. O gazach łupkowych to bębnio prawie codziennie a o tym ani mru mru.
No właśnie! Czemu to taka tajemnica?
Oj coś mi tu mocno śmierdzi!
Na mój chłopski rozum chodzi o to że to jest niesprawdzona technologia i joni chcą ją na nas przetestować. Jak się uda to dobrze a jak się nie uda... uch to aż strach pomyśleć. Na ten przykład co będzie jak się taki zbiornik rozszczelni? Tera, bywa, jak się ktoś barbeluchy popije i kapusto zagryzie to jak się zesra to chodź weź i oknem uciekaj, taki smród. A jak pójdzie taka fala skondensowanych filipowskich pierdlin?
Argamedon!
Zagłada!
Żywego ducha w naszej Dolinie Rospudy nie zostanie. No chiba że szczury, pluskwy i karaluchi, ale marna to dla nas pociecha. No i ciekawe co na naszym zbiorowym nagrobku napiszą. „Tu leżą wreszcie zgodnie razem zagazowane Filipowianie.Zginęli dla dobra nauki zatruci swoim smrodem” .Żeby potem chociaż takich śmierdzieli do czyśćca wpuścili na jaką kilkusetletnią kwarantannę, Boże uchowaj, toć to będzie wstyd taką zasraną gromadą na Sąd Ostateczny się stawić. Toż będzie chryja jak Pan Bóg z Lucyperem zaczną się chandryczyć gdzie nas umieścić i Pan Bóg powie : ” A węźże ty Lucku do siebie tych śmierdzieli toć i tak u ciebie smołą i asfaltem ciągle zajeżdża to jakoś wytrzymasz a ja w zamian wezmę Stalina i Hitlera do nieba”. I będzie wielki wstyd i przeogromny śmiech wszystkich ludów tego świata przeszłych i tych co po nas nadejdą i nawet odpyskować nie będzie jak, bo jakoś przy Bogu nie wypada. Uj, na samą myśl aż mnie skręca.
Ale wracajmy na ziemię. Jakież to zmiany obyczajowe może taki obowiązek balonikowego pierdzenia wprowadzić! Już teraz nie będzie się mówiło:”do widzenia” ale „miłego pierdzenia”, już nie zapytasz sąsiadki „jak się spało?” ale „jak się pierdziało?” Jedno co dobre to to, że teraz będą na mnie mówić „stary pierdziel” z szacunkiem a nie z pogardą bo jak się okazuje według naukowych badań starsi ludzie cześciej i więcej pierdzą a ich pierdliny są mocno zjadliwe (w sensie jadowite a nie do jedzenia) a bez to bardziej wartościowe. I już nikt nie będzie się w towarzystwie powstrzymywał, tylko każdy będzie dawał ile wlezie, aż się obesra…
No i ciekaw jestem, jak to będzie wyglądało, że tak powiem technicznie. W nocy, to pół biedy, napierdział balonik, powiesił w sieni kole roboczych kapot i szlus, no ale w dzień? Baby to dadzo rade bo w spódnicach chodzo, najwyżej szerszą założą. Widział ja nawet na obrazie jakiegoś hiszpańskiego malarza Welaskez mu było, czy jakoś tak, co kiedyś była taka moda że baby miały takie wielgachne spódnice na obręczach. Pod taka spódnice to i dziesięć baloników można powiesić, szlauch do dupy i pompuj ile wlezie, nigdzie nie polecisz, bo siarkowodór przecie cięższy od powietrza. No ale co ma chłop zrobić? Napierdzi, zaraz mu to w spodniach wyprze i będzie się kolebał po Filipowie jak ten kaczuk z dupą wydętą? Ani to wygodnie ani to estetycznie. Chyba trzeba będzie się nauczyć tak pierdzieć żeby w domu się wypierdzieć i na miasto już pustym iść, że tak powiem. I nic tu nie pokombinujesz bo te uczone mają wyliczone ile kto średnio wypierdza, ile dorosły, ile dzieciak, a i krowie nie podstawisz bo gazy zwierzęce mają inny skład. W załączniku numer 132 wyczytałem też że będzie utworzona specjalna straż, która będzie tego wszystkiego pilnowała, po domach chodziła, ludzi obwąchiwała, czy czasami coś nie kombinujo, sztraf, znaczy się kary, mandaty wlepiała. Nawet taryfikator jest, a jakże (załącznik nr 134).
Na pociechę wymyślili że raz do roku będzie święto. Dzień Wolnego Pierdzenia. W ten dzień będzie można sobie popierdzieć bez baloników ile wlezie. Będą występy, festyny, wójt obdzieli nagrodami te rodziny, które najwięcej napierdziały, nagrody indywidualne, będzie przyznawany tytuł Wielkiego Pierdziela dla osoby, która w ciągu roku najwięcej napierdzi, konkursy wszelakie jak np. gaszenie świeczek wiadomym sposobem, połączone zespoły Rospuda i Onegdaj odśpiewają nowy hymn Filipowa:
„Pierdź, Narodzie, pierdź,
Śmierdź, Narodzie, śmierdź”
Reszta hymnu w załączniku nr 44.
A najgorzej mnie wkurza, że nasza gminna rada to wszystko natychmiastowo przyklepała. Spotkali się kole północy (tera taka moda, że wszystkie noco obradujo) na tajnym posiedzeniu i wszystko to poprzez aklamację przyjęli. I nikt nas o zdanie nie pytał. Jeden to nawet taki był wyrywny, że chciał zmienić nazwe „Filipów” na „Pierdlinów” ale zaraz drugi wyskoczył z wnioskiem ze lepiej będzie „Pierdzielewo Wielkie”, ten co był na robotach w Niemczech powiedział, że ładniej byłoby „Dupensrat” innemu zaś zamarzyło się tak z amerykańska „ Szyt City”, pożarli się, pokłócili i nic z tego nie wyszło. No i dobrze, już tu jeden taki reformator twierdził, że „Filipów” to powinno być „Karzekupie”. A czemu? To już jego spytajcie.
Ja tam w każdym bądź razie na rozkaz pierdzieć nie zamierzam. Już nawet ugadałem takiego jednego z Bakałarzewa żeby za mnie pierdział. Nawet się chętnie zgodził, bo on też taki ekolog mocno o środowisko dbający. Raz gdzieś w gazecie przeczytał albo w telewizorni usłyszał, że świat a takoż i Polska cierpi na deficyt wody. Strasznie się tym przejął i zaczął tą wodę oszczędzać. Przestał się myć, bo jak udowodnili radzieccy uczeni brud niemyty i tak sam po trzech miesiącach odpada, no i zaczął ograniczać ilość wody w spożywanych płynach. Doszedł do tego że płyny przez niego spożywane zawierały zaledwie 20% wody, ale zaczęły go pająki ciągać, białe myszki po chałupie grasować i rad niewola wrócił do płynów, które zawierają 60% wody. Toteż liter takiego płynu mu zaniesłem, razem skonsumowałem i tą opowieść napisałem.


Copyright by Markobrodaczo, Filipów, All rights reserved.

poniedziałek, 31 października 2016

MARKOBRODACZO I POKEMONY

Ratuj mnie narodzie filipowski bo coś strasznego się w mojej chałupie dzieje!

Znacie mnie, ja tam strachliwy nie jestem, niejedno w życiu przeszedłem i z niejednego garnka jadłem, rozum też swój mam i, jak do tej pory, całkowicie mi wystarczał, a bywało, że i nauk wszelakich innym udzielałem, bo nie jestem samolubny, w siebie zapatrzony i skoro natura mnie tak wielką mądrością obdarzyła to niech i inni czerpią z tej krynicy mądrości czerpią. Ale ostatnio zaczęły się dziać w mojej chałupie takie rzeczy że i moja odwaga i moja mądrość psu na budę się zdała. Otóż wyobraźcie wy sobie siedzę sobie spokojnie w chałupie, w nosie dłubię, po piętach się drapię, a tu nagle ni stąd ni zowąd wpada do mnie jakiś chłystek z mordy całkiem do nikogo nie podobny i ani dzień dobry ani pocałuj w dupę, tylko zapatrzony w jakiś taki mały telewizorek lezie mnie do łazienki, znaczy się do wiadra com go w kącie postawił na swoje potrzeby co tam sobie załatwiam, jak mnie się nie chce za oborę wyleźć, bo zimno, albo deszcz pada. Pomyślałem sobie że może go nagle sparło i za to do chałupy mnie wlazł bez pytania, bo wiadomo, jak człeka mocno przyprze to na konwenanse nie zważa, ale nie, nagle stanął przed tym wiadrem jak wryty, wrzasnął: „Mam! Mam go!” strasznie się ucieszył, zawrócił się na pięcie i wypadł z chałupy. Tylko łomot usłyszałem i przeciągły jęk: „Łoooo Jezuuuuuu!” Musi co łbem w futrynę przywalił, bo moja chałupa mała, a drzwi jeszcze mniejsze. Mnie to nie przeszkadza, bo wzrostu jestem dość nikczemnego a i jeszcze lata przygarbiły to nie ma problemu, ale jak kto nie wie to może sobie porządnego guza nabić.
No nic, nie powiem zdziwiło mnie to i trochę zaskoczyło, zacząłem kombinować o co tu chodzi ale nic nie wymyśliłem. Doszedłem do wniosku, że to pewnie jakiś wariat. Mało to wariatów po tym świecie chodzi? Trochę młody, ale to musi od wieku nie zależy. Bóg rozumem nierówno dzieli. Znam jedną taką dziewczynkę, trzy latka ma, a już literki składa, nawet swoje imię „MAJA” drukowanymi dużymi literami kaligrafuje, ale znam też takiego dziada, co już nad grobem stoi a trzema krzyżykami się podpisuje na dodatek krzywo.
Zadumałem się nad różnorodnością tego świata i zaczął mnie ogarniać podniosły nastrój, bo zachwyciła mnie potęga mojego rozumu, kiedy znowu mi tu ktoś do chałupy wlazł! I też jakiści całkiem nieznajomy i też z tym jakimś gównem w łapie tylko dla odmiany spokojniejszy, powęszył w jednym kącie, w drugim, potem stanął koło wiadra mruknął: „Acha” postukał palcem na tym swoim ustrojstwie i poszedł.
I tak zaczęli łazić jeden za drugim. A mój spokój i podniosły nastrój diabli wzięli. Najpierw się dziwiłem, potem mocno mnie to wkurzać zaczęło, a potem strach mnie obleciał. A nawet nie strach, a jakiś lęk metafizyczny bo nijak nie mogłem zrozumieć o co tu chodzi. Na mnie nie zwracali uwagi, tylko do tego mojego wiadra leźli. Po cichu zabrałem te wiadro i wyniosłem do obory, ale to też nic nie pomogło. Dalej leźli. Zamknąłem drzwi na zaszczepkę ale też to na nic, bo co tam taka zaszczepka, palcem trącić i puszcza. Kota zatrzyma, kure, pies nie wlezie, ale dla człowieka to żadna przeszkoda, zwłaszcza że to raczej młode jakieści byli. Zamka żadnego nie mam bo niby co tu u mnie kraść – te obesrane wiadro?
Wlazłem na swój barłóg, kordło się przykryłem po same oczy i obserwowałem tą dziwaczną procesję, kiedy nagle patrzę – nareszcie jakaś znajoma morda! Przylazło te pijaczysko co to z profilu całkiem do kozy jest podobny. Ja tam po prawdzie za nim nie przepadam, ale tym razem się ucieszyłem . „Bracie! Czy ty wiesz co tu się wyprawia?” zakrzyknąłem wyskakując spod kordły i już chciałem mu zacząć opowiadać co za dziwy w mej chałupie zaczęły się dziać, ale on też jakiś taki nieprzytomny, na mnie wcale nie patrzy i do tego miejsca lezie i tak jak wszyscy poprzednicy wrzeszczy: „Mam!Mam! Mam go!!!” . „Co ty do jasnej cholery masz! Co wy tu wszyscy, kurwa, macie, jak tu niczego nie ma!”- zawrzasłem w wielkiej rozpaczy i już chciałem włosy z głowy zacząć drzeć, ale tylko się po łysinie paluchami poskrobałem, bo, jak powiadają starożytni Indianie, mądrej głowy włos się nie trzyma. „Pokemona!” - odparł radośnie, wycałował mnie, wyściskał i poszedł w kibinimatier taki zadowolniony jakby mu kto do kiesieni nasrał, a mnie pozostawił w wielkiej niewiedzy i trwodze.
To ja się was zapytowywołuję ludzie kochane o co tu chodzi i co to za diabelstwo ten pokemon?


Copyright by Markobrodaczo, Filipów,październik 2016. All rights reserved.


niedziela, 3 marca 2013



TEATRZYK MARKOBRODACZA PRZEDSTAWIA!!!


Sztukę nader wysublimowaną pod tytułem:

„POCZĄTEK ŻYCIA CZYLI WOJNA PLEMNIKÓW”

Występują:

 PLEMNIKI
 ( około 80 milionów {dla matematyków 80000000} czyli taki przeciętny ejakulat*)
PLEMNICZEK JEDEN
(jeden dla matematyków – no problem)
WIADOMO CO
KURYTYNA
PUBLICZNOŚĆ
Oraz  w epizodycznej, ale wielce znaczącej roli sam

AUTOR!!!!!!!!

                                                             AKT 1

PLEMNIKI
 (jeden przez drugiego): 

Uch, ale to był strzał!  Superrr! Z pełnego wytrysku! No, no, panowie tylko bez euforii Przypominam że poprzedni ejakulat na gumę trafił, jakieś odbicie, pofruwali   i nic…
 Tylko proszę bez defenestracji. Odliczamy i jedziemy! Odliczamy? Zgłupiałeś? Toż zanim się policzymy to wszystkie pozdychamy! Życie plemnika jest krótkie. Jakie życie? Życie się dopiero zaczyna po spotkaniu plemnika z  jajeczkiem.
To co, to nas nie ma? Wychodzi na to że nie. Dobra, jadziem, nie ma co tu dyskutować. Jaskieś durne katolickie filozifjie  uprawiacie a  mamy tylko 24  godziny żeby te jajeczko dopaść. Wpieriod!!!  Przypominam  że tylko jeden ma szansę. Dawać witkami ,dawać!!!

PLEMNICZEK:
Hej, koledzy poczekajcie na mnie…

PLEMNIKI
 (szyderczo, chórem, rozgłośnie i bezlitośnie dając witkami):
Cha, cha, cha! Hłe, hłe, hłe,  Hi, hi, hi! Spadaj pokurczu!

PLEMNICZEK
(smutno):
 No tak, jakiś taki jestem niedorobiony, na dodatek jak wyskoczyłem to mi się witka zwichła, nie mam żadnych szans. Trudno, idę na powietrze, ostatnie chwile spędzę w jasności, zwłaszcza, że tu jakoś nieładnie pachnie.

 A tymczasem z przodu…

PLEMNIKI:

Dajemy, dajemy, dajemy! Tylko jeden wygra! A kolega to kim zamiaruje zostać? Ja? Traktorzystą. A ja bezrobotnym. Praca łatwa, tylko konkurencja duża. A ja będę kobietą. Będę miałą ośmiu chłopów w swoim życiu i troje dzieci. Aha, byłbym zapomniała. I jeden gwałt zbiorowy. Zbiorowy? To ilu ich będzie? A skąd mi to wiedzieć. Na brzuchu będę leżała. W pięknych okolicznościach przyrody na plaży nad jeziorem Wigry. Albo przy jeziorze. Za mondra to ja nie będę. A ja mianowicie zostanę poetą, menagierem, włefistą, myss Polonia, donosicielem, murzynem…
Murzynem? A to jakim sposobem?
A skąd mi to wiedzieć. Woody Allena zaputaj.
Dobra , dobra, nie marzyć,  napierdalać! Pamiętajcie! Tylko jeden!

 I nagle….

PLEMNIKI Z AWANGARDY
 (znaczy się z przodu):
 Jest!

PLEMNIKI
(trochę zapóźnione):
Jajeczko? Już?

PLEMNIKI Z AWANGARDY:
  Nieee !!!! To gówno!!!! Odwrót!!! Spierdalamy!!!

 PLEMNIKI
 (wszystkie spanikowane) :
 A to zboczeniec pierdolony, uciekajmy! Że też nas to spotkało. A swoją drogą ciekawe, czy to męska dupa czy żeńska. A co tobie za różnica. I tak kapiec i tak kapiec. Jednakowoż w żeńskiej byłoby przyjemniej. Nie uciekniemy! Nie uciekniemy! Niestety to nie jest zatwardzenie , tylko sraczka! A co się dziwisz? To jak w tej piosence: „ Czy ją, zgwałcił czy nie zgwałcił, otwór jej odkształcił! Hej, ho, w kielichy nalej, hej, ho kielichy wznieście to robi doskonale morskim opowieściom!”
Że też koledze się chce śpiewać… A co za różnica. O Bożeee!!!  Widzisz ty go jaki wierzący się znalazł. A kto plemnika wyspowiada? itp. itd. Kakofonia  ok. 80 milionów głosów.

A tymczasem…(nagły zwrot akcji)

 PLEMNICZEK:
Wydostałem się z ciemności! Jak tu pięknie! Jak jasno!

WIADOMO CO (przelatując obok):
 Aaaaaaaaaaa!!!!!!!!

PLEMNICZEK(zestrachany):
Ojej, co to było! Jakieś szybkie, rzadkie, brązowe  i smrodliwe. Trzeba się schronić! Ale gdzie? O widzę jakiś lasek. Raczej lasanek. Mało tu tych drzew. Jakaś wycinka była bo tylko wąski pasek pozostał. A w tym lesie  jakaś   rozpadlinka, jakiś wąwóz, jakiś jar, tam się schronię…
 Oooo, jak tu przyjemnie, jaki piękny korzenny zapach. I wilgoć taka śluzowata i już witka mnie nie boli. Płyne, płynę, płynę… O co to, takie piękne, wielkie , okrągłe?
Niemożliwe!???
 Tak,  to jajeczko!! Przybywam, jestem, razem stworzymy życie!
ŻYCIE, ŻYCIE , ŻYCIE!!!!!

KURTYNA
 (opada, mocno zniesmaczona):

No tak, teraz rozumiem skąd tylu przygłupów, polityków i inszych zboczeńców na tym świecie…

PUBLICZNOŚĆ
( rozentuzjazmowana):

Superr! Wspaniała sztuka Bis!!! Bis! Bis!


Teraz najważniejsze.

Na scenę wchodzi sam AUTOR!!!.
(Jakiś taki rozmemłany, zadyszany, czerwony na gębie, spocony i na dodatek grzebie paluchami gdzieś w okolicy rozporka. Wygląd, prawdę mówiąc, ogólnie dość plugawy.)

 AUTOR
 (mówi):

Ludzie, czy wy poszaleli!? Jaki bis! Dajcie dychnąć chociaż trochę! No, może za godzinę…

AUTOR
(wychodzi, wycierając coś tam o kurtynę. Prawdopodobnie ręce. Kurtyna wkurwiona jak szlag.).

PUBLICZNOŚĆ
(ze zrozumieniem):
No tak, faktycznie, musi odpocząć… na najmłodszego to on nie wygląda. Godzinę? Może i warto poczekać. Pewnie że warto , ciepło , sucho, polewaj… Ale piękna sztuka. A co tu pięknego. Jakiś turpizm, jakieś obrzydlistwo. A co się pan dziwisz, jaki teatr, taka sztuka. Jaki teatr, toż to normalnie filipowska świetlica…. Świetlica? Chyba strażnica. Na co ta wieżyczka? Jak to na co. Tam będzie wójt siedział i przez rolnetke na wszystkich patrzył. Przejebane. Teraz już się nie ukryjesz.

Głosy zacichają, kurtyna ponownie opada, albo tylko próbuje się z czegoś  otrzepać. Wszyscy na coś tam czekają, prawdopodobnie na akt drugi, ewentualnie na Godata, Gołotę? Godać to sobie możem. „Czekając Na Godota”!
Właśnie tak.
No i to już jest koniec.
Prawdopodobnie.
Poczekać zawsze można.

                                                   KONIEC (?)
 * Ejakulat – porcja spermy wyrzucana podczas ejakulacji. U człowieka przeważnie 2-5 mililitrów (tzw. normospermia), zawierająca prawidłowo powyżej 20 milionów plemników (tzw. normozoospermia) w każdym mililitrze[1]. Szczytową objętość osiąga u mężczyzn w wieku 30-35 lat, zaś parametr ten gwałtownie spada u mężczyzn powyżej 55 roku życia[1]. Większe odchylenia od tych wartości mogą wskazywać na różnego rodzaju zaburzenia. W skład ejakulatu wchodzą wydzieliny jąder, najądrzy, prostaty, pęcherzyków nasiennych oraz gruczołów opuszkowo-cewkowych.
Inne odchylenia: leukocytospermia, hematospermia. (Za Wikipedią, więc jednak bym to sprawdził w bardziej fachowej literaturze – przyp. aut.)

Copyright by Markobrodaczo,  All righst  reserved. Filipów, luty  2013.

czwartek, 31 stycznia 2013


                        MARKOBRODACZO IDZIE DO WÓJTA

   No i tak. Wiatr hula przez szpary i wybite szyby, kobyła gdzieś pochlipuje w kącie, a mnie też jakoś nijako.„ I skuczno i grusno i nikamu w mordu dat’” – jak powiadają nasi bracia w alkoholizmie Rosjanie. Musi trochę sumienie gryzie, bo ciut za mocno wpieprzyłem  tej mojej chabecie, a w końcu co ona tu winna, że ja biedny, stary i głupi? Żebym był bogaty, to bym jej oborę postawił z pięcioma stanowiskami, a przy każdym stanowisku żłób, a w  żłobie owies, siano, co tylko chcesz, przy każdym żłobie komputer, niech sobie pisze co chce, a tak to tylko smutek, głód, chłód i beznadzieja.
    Dobrze chociaż, że ciepło się zrobiło, bo już oczywiście nie śpię z kobyłą. To znaczy obok kobyły. Gorzej, że wszystkie muchi wróciły i pasą się sobie na zbryzganych krwią ścianach. Obrzydlistwo. A pająk Felek jakiś jeszcze po zimie ospały i do roboty się nie bierze.
   No i co tu człowieku poczniesz. Bieda. Ale wymyśliłem genialny plan. Obiło mnie się o uszy, że ten nowy wójt tych ejdsowców dokarmia. Jak taki dobry, to może i mnie pomoże? Nadzieja wstąpiła w me znękane serce. Gębę trochę przemyłem, nałożyłem na siebie najlepsze ubranie, kościołowe kalesony też, bo jak się okazało, kobyła wcale ich nie zżerła, po prostu, kiedy były te straszne mrozy, to na noc ubierałem się we wszystko, com tylko miał i gdzieś tam między warstwami odzieży były i moje kalesony. Nawet się poperfumowałem. Dziwi Was. skąd u mnie perfuma? Oho, jest perfuma i to nie byle jaka. Ale to cała historia z tą perfumą. Otóż swego czasu byłem w Suwałkach. A jak  przybyłem, to już trochę połaziłem, no i oni tam na Kościuszki mają taki sklep „Rosmann”, czy „Rodmann”, nazwy tam takie cudaczne, że język można połamać, a zrozumieć nijak się nie da. Zaciekawiło mnie, co też mogą tam sprzedawać, więc wlazłem. Ot, badziewo jak wszędzie, mydło, widło i powidło, ale przed jedną ścianą stał taki esesman, nogi szeroko rozstawione, groźnie na ludzi patrzy, znaczy się, czegoś pilnuje. Ale ludzie podchodzą , na niego nie zważają i perfumami się pryskają. Bo on perfum pilnował, a jedna półka była taka, że tam stały perfumy, których można było próbować. „Tested” było tam napisane. Jak wszyscy, to wszyscy, podlazłem i ja. A co. W wolnym kraju żyjemy. Ten esesman popatrzył na mnie tak, że gdyby mógł mnie wzrokiem zabić, to już nasz filipowski cmentarzyk by się powiększył, ale nic nie powiedział. Pusto się wokół zrobiło, bo jednakowoż jak się człowiek parę miesięcy nie myje i obok kobyły śpi, to waniajet nieszczególnie. Zostałem tylko ja i ten esesman. Taki pojedynek. Prysnąłem się jedną perfumką, powąchałem i mówię tak niby do siebie, ale żeby i on słyszał: „ Eee, brzydki zapach”. Facet zbladł. Wziąłem drugą, prysnąłem na przegub ręki i roztarłem, bo widziałem, że inni tak robili, powąchałem i mówię: „ Tak jakby kocim gównem zajeżdża?” Tego esesmana zatrzęsło i coś zagulgotał. „A tuś mi bratku! Mam ciebie!” – ucieszyła się moja podła, złośliwa, markobrodaczowa natura. No i się zaczęło. Jakaś „Wersacz” za uszy, jakiś „Adidaś” na nogi. I wszystko z komentarzem – a to nazwa brzydka, a to zapach nie ten. A w jego oczach żądza mordu. A nic mi zrobić nie mógł, bo ludzie stali i patrzyli. Patrzyli z daleka, bo smród się zrobił niemożebny, coś tak jakby koń ze świnią na spółkę nasrali na rabatkę kwiatków. Już się wszelakim paskudztwem spryskałem, patrzę, a na samej górze, za siedmioma zamkami, za siedmioma kluczami, za siedmioma kłódkami, za pancerną szybą stała maluśka perfumka. A nazywała się tak jakoś śmiesznie, jak ten kolega pszczółki Mai z dobranocki -  „Guci” czy jakoś tak podobnie. Perfumka maluśka, ale cena zajebista. Musi ze dwie stówy. Chodź bym cały rok puszki tłukł i makulaturę zbierał, to bym tego gówna nie dał rady kupić. Patrzę ja na tego esesmana, a on już na nogach się słania, blady, zielony i spocony, zęby i  pięści zaciska, przypierdolić mi chce, a nie może. Pytam go grzecznie: „ A większego tego Gucia to nie macie? Taka  to mi na jeden raz...” No i w tym momencie chłop padł. Zemdlał, nie wiem sam, czy to od tego smrodu, czy go ta złość zatchnęła. Krzyk się zrobił, meleweta okrutna, ludzie się rzucili, by go ratować, a ja wtedy spokojnie wziąłem największą perfumę, jaka tam była i poszedłem.
  No i dobrze. Spryskałem się tą perfumą i do wójta po prośbie ruszyłem. Piątek to był, bo on w piątki ludzi przyjmuje. Oj niechętnie lazłem, niechętnie, bo nikt czapkować nie lubi, a do Władzy to ja mam stosunek miłosny można powiedzieć, bo ja ją pierdolę. Całe życie mi Władza nic nie dała; jeśli już, to zabrała. Za sanacji, to mojego ojca gnębili i w pogardzie mieli, że chłop był, czyli cham, ale jego świnie to chętnie żerli i nie patrzyli, że ona też w gnoju wyrosła. Potem przyszła wojna, ta niemiecka Władza mojego ojca do Oświęcimia wywiozła, bo radia słuchał i słuch po nim zaginął, a potem przyszła ruska władza to mi matkę całym plutonem zgwałciła, a na koniec z pepeszy zastrzeliła i tak się został ja sierota na gospodarce, ale długo ja się tą gospodarką nie nacieszył, bo mnie nasza polska władza rozkułaczyła, czyli ziemi pozbawiła, ale obowiązkowo kontyngent musiał ja dostarczać, czyli tymi świniami władzę karmić. I za co ja mam tą władzę lubić? Dalej też nie lepiej było, bo ja hardy jestem i o Katyniu krzyczałem i krzywdę ludzką wytykałem i tyle teraz z tego mam, że została mi  się ino spróchniała chałupa, chlewik z kamienia, ale bez dachu i ta nieszczęsna stara chabeta, z której żadnego pożytku nie mam, tylko biedę i zgryzotę. A na dodatek, tą ostatnią władzę niechcący oplułem siedząc na drzewie koło filipowskiej mleczarni. Ot nieszczęście. I gdyby nie litość nad zwierzakiem, nigdy bym do wadzy nie ruszył, ale już innego wyjścia nie miałem.
   No to idę. Perukę na łeb nałożyłem, żeby mnie, nie daj Boże, opluta władza nie poznała i lazę, ale tak niechętnie, jakby mnie kto na powrozie prowadził. Oczami po ziemi zamiatam, no i dobrze, bo gdy przechodziłem koło Mariawickiej polany błyszczącego grosza na ziemi znalazłem. Ucieszyłem się w pierwszej chwili, plunąłem na niego na szczęście i do kieszeni schowałem. Ale idę i tak sobie myślę, ile to groszy musiałbym znaleźć, żeby u Syperka  małe piwko wypić. Najtaniej to jeden złoty i dziesięć groszy, czyli musiałbym sto dziesięć razy się schylać i prostować, żeby jedne małe nędzne piwko wypić! Toż takiej gimnastyki, to na pewno mój kręgosłup by nie wytrzymał! Tak mnie ta myśl zgniewała, że pizgłem tym groszem w krzaki.
   Cóż, pół godziny straciłem, mordę w tych krzakach podrapałem, utytłałem się w błocie, ale w końcu ten grosz znalazłem. Pieniądz to jest jednak pieniądz, nawet tak nędzny.
   Umordowałem się jak nieszczęście, przystanąłem koło „Firka” żeby odpocząć a i cichą nadzieję w sercu miałem, że może ktoś się nade mną ulituje i chociaż łyczkiem piwka albo winka poczęstuje, ale nic z tego, trzeba było ruszać dalej.
   Tu przerwę moją opowieść, bo muszę sił nabrać i odwagi, by wam resztę historii opowiedzieć, bo stała się tam rzecz straszna i jeszcze teraz, gdy o tym pomyślę, taki lęk mnie ogarnia, że cały dygoczę i palcami w klawisze trafić nie mogę. Jeśli dam rade to...CDN.



                MARKOBRODACZO IDZIE DO WÓJTA. CZ. II.

    Ach, ach, klękajcie narody, słuchaj mnie, ludu chrześcijański, zebrałem się na odwagę, by dalszą część mojej gehenny opisać, a na samo wspomnienie lęk mnie ogarnia i biegam przerażony po mojej chatynce niczym szczur złapany w pułapkę, albo jak Żyd po pustym sklepie, który koniecznie by chciał coś sprzedać, a nie ma co. Ciężko mi jest o moich przeżyciach pisać, oj ciężko, ale skoro obiecałem...  Ja obietnic staram się dotrzymywać, w końcu jestem porządny, normalny człowiek, a nie jakiś, za przeproszeniem, polityk.
   Na czym to ja skończyłem? Aha, koło sklepu spożywczego przystanąłem, bo miałem nadzieję, że trafi się jakiś dobry człowiek i wzmocni człeka bogobojnego łykiem ożywczego napoju, ale nic z tego, naród chrześcijański nielitościwy jest i nawet nikt nie wejrzał na moją niedolę, a już chyba ze trzy dni nic nie piłem i czułem, jak rodzi się we mnie ten paskudny dygot, który  zatelepać może na śmierć. Pogapiłem się tylko trochę na robotników, którzy coś przy ogrodzeniu naszego parku zaczęli majstrować, ale długo nie patrzyłem, bo ja bardzo miękkie serce mam i nie mogę patrzeć, jak ludzie się męczą, ciężko pracując, zaraz mnie mgli.
  Wlazłem do tego Urzędu Gminy. Przestrzenie tam takie, że pięć moich chałup by się zmieściło, a cisza tam taka, jak w kościole. I żywego ducha nie widać. Połaziłem w koło, przeczytałem wszystkie napisy na drzwiach. Jedne drzwi mnie zaintrygowały, bo były całkiem nowiuśkie, bieluśkie, świeżo wstawione, a na drzwiach było napisane „Informatyk”. Ciekawe co to za jeden, może to taki, co informacji udziela? Ale to by miał w tych drzwiach jakieś okienko... Oj, chyba nie, to musi być jakaś ważniejsza persona, bo takich drzwi to nawet, jak się później okazało, nie ma nawet wójt. Nie rozwiązałem tej zagadki, bo nie miałem śmiałości zapukać, a zapytać nie było kogo.
   Łaziłem, łaziłem, aż w końcu znalazłem tablicę informacyjną i wyszło mnie, że trzeba iść na górę, na piętro. No i trafiłem. Nie do samego wójta oczywiście, tylko do poczekalni. Jak świat światem do Władzy zawsze było się trudno dostać i to nieważne jaka  by ona była, sanacyjna, komunistyczna czy kapitalistyczna, tak i tu - poczekalnia, sekretariat, a na końcu  gabinet wójta. Swoje trzeba odsiedzieć.
  No ale piękna ta poczekalnia, nawet stolik był i krzesełka białe, bielutkie na srebrnych nóżkach, strach na takich siadać, ale już tak siedział jeden klient, to usiadłem przy nim i ja, a co, ja gorszy?
  I faktycznie nie gorszy, gościu był może trochę młodszy ode mnie, ale było widać, że całe życie ciężko na wygląd swojej mordy musiał pracować –  siny, gęba pobrużdżona, a na nosie miał jakieś okropne okulary w grubej oprawie – szkła jak dno od butelek, a na dodatek jedno popękane i poklejone jakimś butaprenem. Niewiele on przez te szkła widział, bo przysunął tą gębę na kilkanaście centymetrów do mnie, próbując rozpoznać com za jeden. Odsunąłem się, bo z gęby mu jechało jakaś zabójczą mieszanką dawno strawionego denaturatu i zepsutych zębów, ale on znowu się do mnie przysunął. To ja znowu się odsunąłem. On się przysunął. I pewnie zaczęlibyśmy jeździć w koło tego stolika, jak na jakiej karuzeli, ale wpadł następny interesant i mnie zablokował siadając z drugiej strony. Ten był jeszcze młodszy, ale po nosie i charakterystycznym zapaszku można było rozpoznać, że jest z tej samej branży, co my. Strasznie jakiś ruchliwy był i gadatliwy a po ruchach można było poznać, że i jego zaczyna chwytać ten paskudny dygot, który trapi porządnego człowieka, kiedy zbyt długo jest o suchym pysku.
   - Cześć! – przywitał się ze Ślepawym (nie przedstawił się, więc tak go będę nazywać) – Jurek jestem – podał mi rękę – a ty?
Poznał swój swojego.
   - Ma...,Ma..., Maniek jestem – tak mnie zaskoczył, że mało się nie wygadałem, kim jestem,            ale w porę ugryzłem się w język. Z wiadomych względów wolałem pozostać inkoguto.
-         Na wójta czekamy? – wiercił się na krześle Jurek.
-         Na wójta – odrzekłem – a nie wiecie co to za jeden? Bo ja nietutejszy – spróbowałem wysondować ich trochę.
-         Porządny, porządny, mówią, że zrobił w gminie porządek, urzędniki się go boją... – zaczął opowiadać Jurek, ale Ślepawy mu przerwał:
-         Tyle wiesz, co zjesz, a gówno żresz!- rzekł ze złością - Boguś, o to był wójt....
-         Boguś? Boguś? – zaczął gorączkować się Jurek – I co on zrobił, no co?
-         A halę sportową na przykład.
-         Halę, halę? Za krótka! Sześć metrów za krótka! A mam ci pokazać, gdzie, te materiały? Które domy postawione za nasze pieniądze?
-         Krótka jest, bo miejsca nie było, a jak nie wiesz, to głupot nie pierdol.. – Ślepawemu zaczęły puszczać nerwy
-         Ja nie wiem? To spytaj Zenka, jak nie wierzysz! – nie ustępował Jurek.
    Masz babo placek. Jeden zwolennik starego wójta, a drugi nowego. A ja pośrodku. Trzeba coś zrobić, bo zaraz się pobiją, a i mnie się dostanie.
-         A skąd ten wójt jest? Pracował gdzieś? – wtrąciłem się w dyskusję.
-         Podobno z Warszawy, mieszka pod Filipowem,  w Imbirach, a pracował we WSI – ściszył głos Jurek i rozejrzał lękliwie dookoła.
-         We wsi?– zdziwiłem się reakcją Jurka – to chyba dobrze, w końcu Filipów to gmina rolnicza...
-         Nie we wsi, tylko Wu, S, I ,Wojskowe Służby Informacyjne – spojrzał na mnie łaskawszym okiem  Ślepawy, bo nic tak nie cieszy człowieka, jak stwierdzenie faktu, że ktoś jest głupszy od niego – a tak naprawdę to nie we WSI, tylko w UOP-ie, ćwoku jeden! – znowu zaatakował Jurka.
-         Może i w UOP- ie.. . – Jurek trochę stracił rezon, ale widać było, że on nie z tych, co łatwo się poddają, bo zaraz się poderwał i rzucił triumfalnie: - A słyszeliśta, że on dwa tysiące emerytury dostaje? I zrzekł się pensji wójta! A to też pewnie ze dwa tysiące! – dobił nas.
     Zgroza nas ogarnęła i pomieszanie zmysłów. Dwa tysiące? Tyle zarabiać? I jeszcze dwóch następnych się zrzec? Tyle pieniędzy? Jak można się zrzec? Toż to tyle piwa można kupić, a ile wódki i na zagrychę by starczyło i nawet tego ruskiego paskudztwa nie musiałby człowiek pić, o denaturze nie wspominając...
-         Na pewno się zrzekł? Dwóch tysięcy się zrzekł? – dopytywaliśmy się niespokojnie.
-         Ano się zrzekł – odparł Jurek, ale tez jakoś tak niepewnie, bo  i do niego dotarła świadomość ogromu bezsensu tego aktu.
    Siedzieliśmy chwilę w milczeniu, nie mogąc znaleźć odpowiedzi na tak niepojęte postępowanie.
    Aż nagle Ślepawy wykrzyknął z ulgą w głosie:
-         Bo on Żyd jest!
     Żyd? Jaki Żyd? Skąd tu nagle Żyd? I co ma piernik do wiatraka?
-         Żyd, bo brodę nosi – zaczął wyjaśniać swoją teorię Ślepawy. Złapałem się przerażony za swoją, ale Ślepawy porwany zapałem, wcale na mnie nie zważał i, zdaje się, wcale mojej brody nie zauważył – A Żydy wiadomo, chytre są, on tak dla niepoznaki, żeby się przypochlebić, żeby nas Polaków otumanić, niby dobry, pieniędzy nie bierze, a potem nas wszystkich sprzeda! Niemcom sprzeda! – gorączkował się Ślepawy.
-         O ,jo, jo – pokiwał  głową Jurek – a to chytre Żydzisko... – wyraźnie zmienił front i sprzymierzył się ze Ślepawym, bo Polak to już taki jest, że musi znaleźć na wszystko wytłumaczenie, co złego, to nie my, albo to wina ruskich, albo Niemców, a na koniec, jak by nie patrzeć, to i tak wychodzi, że to sprawka Żydów. Bieda – Żydy wszystko ukradli; pijaństwo – Żydy nas w karczmach roozpijali, rząd do dupy – bo same Żydy w nim siedzą; Polskę do Unii wprowadzili – Żydostwo nasz kraj zajmuje. Na wszystko jest proste i jasne wytłumaczenie.  Żyd winien!
-         No, może nie jest taki zły, podobno tych ejdsowców z Monaru, co pod Filipowem mieszkają karmi – moja przekorna , Markobrodaczowa natura jakoś nie mogła strawić tej jednomyślności.
-         A właśnie, właśnie ! – zdaje się, że trafiłem, jak kulą w płot, bo to była tylko woda na młyn ich rozumowania -  a czemu ich karmi? Bo oni nas, prawdziwych Filipowiaków gnębią!
-         Przybłędy, skurwysyny jedne !
-         Nic nie robią, tylko chleją i się pierdolą!
-         Narkomany, pijaki , ejdsowce!
-         Wszystkie ze wszystkimi się pierdolą! – przekrzykiwali się wzajemnie – dobrze chociaż, że te ichne bachory z naszej szkoły zabrali, bo to sodomacja była!
-          Ty wiesz, co oni na nasze dzieci mówili? – pałał świętym oburzeniem Jurek – jeden taki powiedział – „stuknij mnie jeszcze raz, a jak na ciebie plunę to Cię ejdsem zarażę!
-          To znaczy, że jednak nasze dzieci nie bardzo je lubiły? – spytałem z głupia frant.
-         Lubiły? A tłukły je, ile wlezie! Szkoda, że ich nie zatłukły!
-         Tak jest, powinni ich wszystkich spalić, tak jak Hitler Żydów – Ślepawy wrócił do swojego ulubionego tematu. – bo te Żydy...
-         A kto im te jedzenie robi? –  wtrąciłem pospiesznie, bo na temat Żydów to ja już dość się nasłuchałem.
-         A taka  jedna, bar tu niedaleko prowadzi. Jak jej tam na imię? – Ślepawy spojrzał pytająco  na Jurka.
-         Musi co Beata...
   Beata? Dla mnie może ona być i Honorata. I tak mnie karmić nie będzie...
   O to luks dziewczyna, fajna- wyraźnie ożywił się Jurek – o z taką to ja bym, ten tego – rozmarzył się – czarnulka...
„eee, pewnie farbowana blondynka” pomyślałem.
-         szczupła, nieduża...
„chudy kurdupel....”
  - oczka ciemnie, jak migdały...
„pewnie zezowata...”
-         ząbki białe...
„jak perełki. -  białe, drobne, a w każdym dziurka, szczerbata Beata, szczerbata Beata...”
   Dziwna rzecz, im bardziej Jurek się roznamiętniał opisując tą Beatę, tym bardziej mnie to wkurzało. Na próżno próbowałem w myślach zohydzić jej obraz, wyobrażając sobie, że to jakaż pokraka. Jurek aż ślinić się zaczął wyobrażając sobie jak on z tą Beatą ten tego, bara bara, a mnie nerw zaczął chwytać. Wyszło na to, że ja, stary dziad, który tej dziewczyny na oczy nigdy nie widział, że ja jestem o nią zazdrosny! Co za głupota! Ale świadomość bezsensu i śmieszności tego faktu wcale mnie nie uspokoiła. Wręcz przeciwnie, gdy wyobraziłem sobie, że on ją tymi ohydnymi łapami obejmuje, że lezie do niej ze swoją zapijaczoną obrzydliwą mordą, całuje, to tak mną zatrzęsło, że niechybnie pizgnąłbym w łeb tego całego Jurka, aż by się z krzesełka zwalił, a i pewnie nogami bym go leżącego trochę sponiewierał, aby nie przyszła mu do głowy głupia myśl, żeby mi oddać, ale na szczęście napiętą sytuację rozładował Ślepawy.
     Nadął się, widać coś mądrego chciał powiedzieć. No i rzekł uroczyście:
-         Panowie, dorośli jesteśmy, więc nie ma co tu kryć: Baby nie przeruchasz, wódki nie przepijesz!
     O, co prawda, to prawda. Pokiwaliśmy głowami i każdy w myślach zrobił rachunek sumienia.
     Cóż,  próbowałem i ja w życiu  wszystkiego. Były i wina  i wódki wszelakie, barabolce, patykiem pisane, siarką zaprawiane, były i krzakówy i bimbry  i ruskie wynalazki i piwa różnorakie, za dobrych czasów to i te whisky, koniaki, burbony szły, chociaż nie powiem żeby mnie to bardzo smakowało. Nie ma to jak nasze, polskie, czyste. A zresztą nieważne jak smakowało, ważne że sponiewierało i o tej szarej, nędznej rzeczywistości pozwalało zapomnieć. Tylko jakoś denaturatu nie próbowałem.  Zapach mi nie odpowiadał, a może kolor się nie podobał. Chociaż głowy za to, że jego nie piłem, to bym nie dał.
    Były i baby, a jakże. A najlepiej to było, jak ten Fundusz Wczasów Pracowniczych  funkcjonował. Przyjeżdżało to to z całej Polski spragnione przygód i rozrywki, a ile to można się w tych jeziorach kąpać? Jakież tu były inne atrakcje? I nie trzeba było dużego zachodu, ot parę miłych słówek –„księżniczko ty moja”, „takiej pięknej dziewczyny jak ty, to tu jeszcze nie widziałem”, „chodź, pokażę ci bunkier z drugiej wojny światowej, potem jeszcze ci coś ciekawego pokażę”. I szły. I oglądały. A jak jedna obejrzała, to drugiej powiedziała, tak że miałem powodzenie, nie powiem, bo ja, chociaż kurduplowaty jestem , to zaganiacza mam, że ho, ho! A może to właśnie dlatego? Jak z jednej strony nie urosło, to z drugiej strony dobawiło?
     Przeszło wszystko, minęło... Z miejscowymi też próbowałem, owszem, ale tu już gorzej, bo to bardziej na poważnie. A ja raczej taki krótkodystansowiec byłem. Jak która chciała na dłużej, to zaraz wyłaził mój paskudny charakter i tak dziewczynie dokuczałem, że w końcu odchodziła, jedna po drugiej. Aż w końcu któraś w złości powiedziała i to przy ludziach: „Wiesz, czemu ty , Markobrodaczo, taki wredny jesteś? Bo ty mały jesteś i tobie serce o gówno się opiera!” I śmiech się zrobił na całą wioskę i nie miałem już takiego powodzenia , a od tej pory to jeszcze wredniejszy się zrobiłem.
     Ech, niemiłe to było wspomnienie. Rozmowa się już jakoś urwała, każdy w milczeniu przeżuwał swoje myśli, a że ciepło było, nic się nie działo, wójt się nie pokazywał, wiec postanowiłem się zdrzemnąć Wyciągnąłem nogi, głowę zwiesiłem, oczy przymknąłem i zacząłem sobie wyobrażać że leżę na łące. Bo mnie się wtedy dobrze zasypia. Leżę sobie na tej łączce, słoneczko majowe przygrzewa, kwiatuszki pachną, ptaszki świergoczą, bąki buczą, pszczółki brzęczą, a  gdzieś z lasanku wyszła piękna, długonoga sarenka...Tfu!
     Nie wiedzieć czemu, tak mnie ta długonoga sarenka zdenerwowała,  ze snu wytrąciła, że aż plunąłem ze złości i oplułem but Jurka. Ten się wcale tym nie przejął, tylko skrzętnie wykorzystał moją ślinę glansując but o nogawki swoich spodni, bo wiadomo, że najlepszy połysk butom nadaje ślina. Inna rzecz, że jego butom to akurat połysku nie dodało, ale i spodniom nie zaszkodziło. Tylko jakaś urzędniczka, która przechodziła obok z dzbankiem na kawę spojrzała na nas groźnie, przystanęła, otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale jak popatrzyła na nasze ponure, zapijaczone i nieogolone mordy, to tylko machnęła ręką i poszła dalej. A niech sobie idzie w kibinimatier. Jeśli chodzi o ścisłość to dwie mordy były niedogolone, a jedna brodata, ale nie zmieniało to faktu, że nadal tkwiliśmy pod sekretariatem jak te trzy kołki w płocie i nawet pies z kulawą nogą nami nie chciał się zainteresować.
   Długo to trwało. A kiedy tak człowiek tak siedzi dłuższy czas o suchym pysku to dziwne rzeczy zaczynają się z nim dziać. Najpierw dygotać zaczął Jurek. Potem mną zaczęło telepać. Nie wiem, czy dla towarzystwa, czy z rzeczywistej potrzeby dygotać zaczął i Ślepawy. I tak nami trzęsło i rzucało, że dygotać z nami zaczęły i krzesła i przeniosło się to na podłogę i w pewnej chwili stolik pod wpływem wstrząsów zaczął odjeżdżać i nie wiem co by dalej było, bo zaczęliśmy dygotać jednym rytmem i już kwiatki na parapecie zaczęły jeździć i  tabliczki na ścianach zaczęły lekko podzwaniać i pewnie zawaliła by się nasza gmina grzebiąc pod sobą nas  i całe te gminne tałatajstwo z wójtem na czele, bo już ściany zaczęły wpadać w rezonans i wtedy już nie ma zmiłuj się i dlatego żołnierze przez mosty muszą przechodzić swobodnym krokiem, bo ten rezonans to straszna rzecz i wszystko wtedy się wali, ale wtedy nagle wójt nagle otworzył drzwi od swojego gabinetu i wszedł do sekretariatu. Natychmiast te dygotanie przeszło nam, jak ręką odjął i nadstawiliśmy ciekawie uszy.
-         A niech to wszystko szlag trafi, żebym wiedział, że tu takie bagno, to w życiu, bym się za to nie brał, papiery,  papierki, sprawozdania, a te finanse... – zaczął biadolić wójt.
   Wtedy sekretarka coś po cichu do niego powiedziała, nie usłyszeliśmy co, ale pewnie coś o nas, bo wójt zaczął krzyczeć:
  -  Pieniądze? Jakie pieniądze? To ja po całym województwie jeżdżę, wszystkie klamki całuję, żeby użebrać coś na drogi, kanalizację, a oni myślą, że ja im będę pieniądze rozdawał? A niech idą przy   modernizacji parku pomogą, to może dam im parę groszy...
   Co? Nas, filipowską arystokrację do łopaty? Człowiekowi ciężko szklankę w ręku utrzymać, a on nas do łopaty? Tak nas ta myśl przeraziła, że nawet nie zauważyliśmy, kiedy znaleźliśmy się na ulicy.
-         Słyszeliśta? A to parszywe Żydzisko! Do roboty chciał nas zagnać! – palnąłem.   
     Ugryzłem się w język, bo w końcu skąd mi to wiedzieć czy on Żyd, czy nie Żyd i w ogóle co to ma do rzeczy. Ale na dobre to wyszło, bo nagle Ślepawy odczuł do mnie wyraźną sympatię i na piwo zaprosił.
-         A ty szoruj do domu, bo cię już pewnie mamusia szuka – powiedział do Jurka.
   Widać nie był taki hojny, żeby dwóch poić, no i Jurek obrażony poszorował, ale nie powiem, żebym bardzo tęsknił za jego towarzystwem. Otworzyłem usta, żeby powiedzieć mojemu nowo poznanemu przyjacielowi, że nie mam grosza przy duszy, ale w porę przypomniałem, że przecież mam. Jeden grosz, ale grosz. A w końcu jak chce stawiać, to niech stawia. I ruszyliśmy w wielkiej komitywie na te piwo do Syperka, ale tu już nastąpił początek końca, czyli na scenę dziejów wkroczył mój pech. Siedzieliśmy w tej gminie tak długo, że słońce wzeszło wysoko na niebo i ciepło się zrobiło i ja, do peruki nieprzyzwyczajony niebacznie ściągnąłem ją z głowy, myśląc że to czapka.
-         Popatrz, co teraz za czasy, włosy wyłażą jak w teatrze, pewnie to przez tą dziurę ozonową -  próbowałem ratować sytuację, ale Ślepawy to stary wróbel był i nie dał się nabrać na takie plewy.
-         Szpieg! WSI ! UOP! Żyd ! – zaczął wrzeszczeć i próbował mnie złapać - Ludzie, łapcie go! – krzyknął, bo odskoczyłem na bezpieczną odległość
    Daleko nie musiałem uciekać. Wystarczyło odejść na dwa metry, bo tyle wynosił zasięg jego szkieł. Patrzyłem ciekawie z bezpieczniej odległości, jak kręci się jak gówno w przerębli, krzyczy i miota usiłując mnie złapać.
-         Co się stało? Kto zmarł? Kogo zabili? – natychmiast, nie wiadomo skąd zgromadził się mały tłumek.
    Ludek filipowski bardzo ciekawy jest i nie przepuści żadnej okazji, żeby się czegoś dowiedzieć i rozpuścić potem w wyolbrzymionej formie na cały świat.
-         A nic się nie stało. Napił się denatury i szajba mu odbiła. Widać przez chleb nie przepuścił – rzekłem nielitościwie, zły byłem, bo już prawie czułem w ustach smak piwa, a tu nic.
-         Aaaaaaa! – zaryczał Ślepawy jak ranne, wściekłe zwierzę i słysząc mój głos rzucił się w moją stronę, więc już nie ryzykowałem i niespiesznie podszedłem w swoją stronę do mojej chatynki.
   Klękajcie narody, truchlej ludu chrześcijański, bo oto nadeszła ta straszna chwila, co mi spokój ducha odebrała i napełniła lękiem bezbrzeżnym. Jeszcze teraz gdy o tym pomyślę, tchu w piersiach mi brak  i strach mnie ogarnia i przerażenie. Otóż gdy tak sobie spokojnie szedłem do domu, nagle, z piskiem opon zatrzymał się obok mnie jakiś  ciemny samochód. Drzwi się otworzyły -  wysiadł On. Zaczął sunąć w moją stronę i tak jakoś dziwnie mówić:
-         Aaaa, smarkobrodaczo, mam ciebie, markokbrodaczo, już mi się nie wywiniesz, dopadłem cię....
   Jedną ręką twarz zasłaniał, a drugą tak jakby zapraszał w ciemną czeluść auta. Podchodził coraz bliżej i ciągle jakimś takim dziwnym głosem ni to syczał, ni to charczał, ni to mówił:
-         Nie podoba się? Głupoty w głowie? Szkalujemy? Opluwamy? A na kogo głosowałeś? Chodź tu, markobrodaczo, chodź, już mi nie ujdziesz...
   A ja stałem jak sparaliżowany. Nie wiem, czy mi ciemno w oczach się zrobiło, czy to niebo pociemniało, czy to stado wron krążąc nad parkiem ochryple krakało, czy też jakieś dziwne, latające stwory na niebie się pojawiły, chciałem uciekać, lecz nogi wrosły w ziemię, chciałem krzyczeć, lecz głos mi uwiązł w gardle. A on był już o krok ode mnie i już mnie brał i już mnie chciał wciągnąć do samochodu i prawie mi do ucha wysyczał:
-         Na mocy paragrafu 243 KK ... – ale w tym momencie ktoś wyszedł od „Firka”. I on się spłoszył. Cofnął się nagle i szybko odjechał w stronę Gminy. I czar prysł.
   O, jak dygotały moje biedne starcze nóżki, gdym tak biegł, pochlipując i przewracając się co krok  do mojej zbawczej chatki! Jaki wielki lęk ścisnął żelaznymi obcęgami moje stare zmęczone serduszko! Nagle uświadomiłem sobie, jaki ja słaby, jaki ja stary i jaki ja głupi, że śmiałem zaczepić Władzę!
    Gdzie jesteście, o przyjaciele moi! Ratujcie mnie biednego, starego głupca przed tym strasznym człowiekiem! Czyżby to był sam Rzecznik Prasowy Urzędu Gminy? I skąd on mnie, u czorta, zna?
    RAF, przyjacielu, gdzie jesteś? Ty tak się dobrze znasz na paragrafach, co to za paragraf 243 KK? Pomóż mi, oświeć mnie, ja Tobie rybek nałowię...
    Benek,  przebacz mnie durnemu staremu, jeśli Ci coś złego powiedziałem, co złego, to nie ja, Ty taki silny jesteś, może byś mnie obronił?
   Robo, rusz dupę z tych Jeziorek, przybądź, stań w obronie starego głupca,  który znalazł się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, a chociaż nędzne te moje życie, to każdy żyć chce i ja też...
Wzywam wszystkich, którzy mnie teraz czytają, błagam Was, może ktoś  zna tego strasznego człowieka. Wysoki, łysawy blondyn (a może tylko mi się tak zdawało), samochód to chyba jakiś ciemny, może granatowy, chyba japoński (Mazda? – a może tylko tak się przywidziało) Kiedyś krążyły po Polsce czarne Wołgi i ludzi porywały, a teraz czarne Mazdy...
LUDZIEEEEEE!  RATUNKU!!!!!!!!! POMOCY!!!!!
                                                     KONIEC

piątek, 7 grudnia 2012


            ZADUSZKOWY MARKOBRODACZO  CZYLI POGRZEB KOTA.


Zdarzyło się to już dawno, gdzieś w okolicy Zaduszek, ale dopiero teraz przystępuję do opisania tej historii, bo to były straszne przeżycia i jeszcze teraz resztki włosów powstają mi na głowie kiedy przypomnę sobie te  chwile. Ale uprzedzam osoby o słabszych nerwach, aby nie czytały tego tekstu, bo będę opisywał rzeczy straszne i przerażające i może się w mozgach pomieszać od tego, a wariatów już i tak ci u nas dostatek.
Ludzie, ludzie, powiedzcie mi czemuż to ja mam tak przechlapane? Ciągle muszą mi się przytrafiać jakieś niesamowitości. Na ten przykład pewnego razu w późnojesienny wieczór, normalnie jak człowiek poszedłem do Syperkowej świetlicy, normalnie, jak człowiek wypiłem kilka piw, bo każdy normalny człowiek musi wypić kilka piw, żeby jako tako w tym filipowskim społeczeństwie przetrwać, bo przecież na trzeźwo tu żyć się nie da. Kiedy wyjdę trzeźwy na ulicę to patrzeć na ludzi nie mogę. A jak trochę wypiję to i owszem, nawet lubię, a jak troszkę więcej wypiję to jeszcze bardziej lubię, a jak jeszcze więcej wypiję, to nawet kocham tych ludzi, a jak już się całkiem ubzdryngolę to kocham cały świat, nie tylko ludzi ale i roślinki, zwierzątka, normalnie wszystko. No i może wypiłem trochę więcej niż te kilka piw i uznałem że już wystarczy by  pójść zmierzyć się ze światem.
            I poszedłem.
Idę sobie, parę kroków zrobiłem, patrzę, a tu na tym paskudnym zakręcie, co tyle przeżył stłuczek, karamboli i wypadków leży rozjechany kot.
Żal mi się go cholernie zrobiło, bo czymże się nasze życie różni od życia takiego kota? Nikt z nas nie wie, jaki go czeka koniec. Nas to przynajmniej pochowają, a ten tu leży i nikt się nim nie zajmie. No chyba że ja. Wziąłem tego nieszczęsnego kota i poszedłem pochować go na mariawickiej łące. Po drodze zaszedłem do Firka bo pomyślałem sobie tak: ludziom do grobu wkładają różne jego ulubione rzeczy, wojownikowi broń, muzykowi gitarę, zwykłemu człowiekowi to chociaż różaniec i święty obrazek, a czy taki kot też by nie chciał czegoś mieć?  A co może być dla kota ulubionego?  Pewnie że kiełbasa! No to poszedłem po tą kiełbasę.
Lubię czasami zajść do Firka, bo tam takie fajne dziewczyny stoją, jedna czarna, druga blondynka (Ech, żeby ja był trochę młodszy! Ale chociaż popatrzeć to też przyjemnie)  i mówię do nich:„Dajcie mi kawałek kiełbasy na pogrzeb kota, przejechali biedaczka, pochować go trzeba...” i podtykam im te  kocie truchło pod nos. Skrzywiły się, popatrzyły tylko po sobie wymownie myśląc zapewne: „Markobrodaczowi znowu odbiło; ten jak się nachla,  to zawsze coś durnego wymyśli”, ale kiełbasę sprzedały. Klient nasz pan. Nawet jakieś pudełko po butach mi dały na kocią trumnę. A myśleć mogą co chcą. Cóż znaczy te ich głupie myślenie wobec spraw ostatecznych, wobec życia i śmierci, wobec wieczności i nieskończoności.
Siadłem na trawie koło krzyża, kota położyłem obok, grób mu pazurami wygrzebuję i tak sobie ponuro rozmyślam: ”Ech nędzne te życie, cóż po nas zostanie, tylko pamięć... A jaka to pamięć? Ot, niedaleko stąd, jakiś czas temu zmarł człowiek... Zmarł? Zdechł jak ten kot, nikogo przy nim w chwili śmierci nie było, nikt go nie potrzymał za rękę, nikt za nim nie zapłakał, wręcz przeciwnie, wielu pewnie odczuło ulgę. Nawet nikt jego imienia nie znał. „Szeryf” na niego wołali, bo jak się napił, a pijany był zawsze, to rządził całym Filipowem, śpiewał na całe gardło maszerując środkiem ulicy za nic mając jeżdżące samochody, przekleństwa kierowców i pogardliwe spojrzenia przechodniów. Ile razy samochód go potrącił, ale zawsze wychodził z opałów i dopiero tu go śmierć dopadła. A przecież i on miał matkę, która go na rękach nosiła, kołysanki śpiewała, serdecznie kochała i wielkie nadzieje z jego przyszłością  wiązała!!!
 Albo Zenon Sz.  Mocarz z niego był, byki o północy po cmentarzach prowadzał, do swojej ulubionej na trzecie piętro po piorunochronie chadzał i też sczezł gdzieś w kącie.
A „Generał” który nie opuścił żadnego meczu „Rospudy Filipów” albowiem wiedział, że tam może drzeć się i hałasować bez strachu, że go policja zamknie? Toteż wył jak stado kojotów, trąbił na trąbkach i robił więcej zamieszania niż stu przeciętnych kibiców.
 A ten, któremu życie w Filipowie tak dojadło, że wbił sobie szydło w serce?
 A ten (też bodajże Zenon mu było na imię) który z dachu na głowę skoczył? I nikt ich za bardzo nie żałował „ zapił się, zdurniał” mówili. A przecież każdy z nich miał jakieś marzenia, jeden studiować zaczął, drugi zakochał się bez pamięci, inny zaś wielki talent do kamienia miał, nikt nie umiał obrabiać kamienia tak jak on, ale wszystkich dopadł ten filipowski spleen, co duszę zatruwa i tylko wódka pocieszycielka jest jedynym lekarstwem na to, ale i ona w końcu zdradza i gdzieś na sznur, albo zwyczajnie w błoto prowadzi.
I wielki żal mnie ogarnął za tym wszystkimi zapitymi, powieszonymi, niechcianymi że zacząłem  wołać ich wielkim głosem:
 „Przybywajcie!
 Przybywajcie na wielką ucztę, na stypę, na koci pogrzeb!
Przybywajcie odrzuceni!
Przybywajcie zapomniani!
Przybywajcie za życia wyśmiewani i pogardzani!
Przybywajcie odepchnięci!
Przybywajcie na nie święconej ziemi pochowani!
Niech przyjdą wszyscy ci, którym nikt nie chce jednej świeczki raz do roku na grobie zapalić!
Przybywajcie!
I zdało mi się, że mgła wokół zaczęła gęstnieć i zewsząd, od strony cmentarza, gdzieś z bloków, gdzieś od Mieruniszk, Starego Młyna, zewsząd zaczął ciągnąć korowody ,procesje, długie szeregi widmowych postaci. Zdawało mi się że już zaczynam rozróżniać swoich znajomych, szedł rozmachany „Szeryf”, Zenon Sz. jakby trochę zadumany, roześmiany Zenek….
 I wtedy nagle…
I wtedy nagle te przebrzydłe kocisko się ocknęło, porwało kiełbasę i tylem go widział.
Czar prysł.
            Mgła się rozwiała a ja stwierdziłem, że siedzę jak ten dureń z brudnymi pazurami przy dołku w ziemi i rozmoczonym pudełku po butach. Zerwałem się zaraz, żeby wilka nie dostać bo mi całkiem spodnie na dupie przemokły i  ruszyłem zły przed siebie. Zgniewała mnie ta cała historia z kotem zwłaszcza że ostatnie grosze na tę jego kiełbasę wydałem, a do tego od siedzenia na mokrej ziemi trzeźwieć zacząłem. „Ech”- pomyślałem - „pójdę do
”Dżiniki”, może kto podratuje…”
Ale jak coś się spierdoli, to już musi się spierdolić do końca.. Szedłem przez park kiedy mi pod nogi podwinął się jakiś kot. Jakiś drugi kot, bo to już taka pora była, że tylko koty i Markobrodacze się włóczyły. I nie można się chyba dziwić, że będąc w takim stanie ducha, po takich przejściach kopnąłem tego kota tak, że wyleciał w powietrze, rąbnął łbem w obelisk i padł. Ale ten przynajmniej był na tyle uczciwy, ze durnia nie walał, trupa nie udawał, tylko od razu się zerwał i przeraźliwie miaucząc przepadł gdzieś w mrokach nocy, jak powiada poeta. I okazało się że bynajmniej nie tylko koty i Markobrodacze włóczą się po nocy, bo gdzieś od gminy lazła jakaś kobieta. Kobieta? Babsztyl wredny. I jak się nie rozedrze:
-         Ach ty pijaku, ty smrodzie, żeby ciebie tak ktoś w dupę kopnął, żebyś ty zdechł, żebyś ty jutra nie doczekał, ty szmato, dziadzie śmierdzący!
Widzicie ją. Miłośniczka kotów się znalazła. Bratnia dusza można powiedzieć. Jak piznąłem w tą bratnią duszę kamieniem, to dobrze, że się uchyliła, bo niewątpliwie bym ją na tym chodniku rozciągnął. Kobiety jednakowoż są mniej żywiuszcze jak koty. I głupsze na dodatek, bo ta zamiast pójść kocim śladem i spieprzyć to tylko cofnęła się poza mój zasięg i dopiero zaczęła mordę drzeć:
     -      Morderca! Zabić mnie chciał! Policja! Ludzieeeee, łapać mordercę!!!
No tak. O „Dżince „ można było zapomnieć, bo już światła w oknach się zaczęły zapalać. Jeśli mieli by mnie gdzie szukać to najprędzej tam. Za babą ganiać się nie będę, zwłaszcza że od tego siedzenia na mokrej ziemi nogi mi zdrewnieli. Rad niewola musiałem czmychnąć na Baraki i okrężną drogą wróciłem do swojej chałupy, gdzie na wszelki wypadek kilka dni przesiedziałem o suchym pysku nie wychylając nosa poza próg.
Od tej pory znienawidziłem koty. Lojalnie ostrzegam cały koci ród, żeby mi się pod nogami nie plątał, bo może być z nimi źle. Tylko muszę się rozejrzeć, czy nie ma w pobliżu jakiejś baby.

Copyright byMarkobrodaczo. All rights reserved. Filipów , grudzień 2012