wtorek, 28 lutego 2012

DZIWNA RZECZ CZYLI JAK MARKKOBRODACZO ROSPUDZIE KIBICOWAŁ


     DZIWNA RZECZ CZYLI JAK MARKOBRODACZO ROSPUDZIE KIBICOWAŁ

Dziwna rzecz.
Byłem ostatnio na meczu naszej lokalnej drużyny piłki nożnej Rospudy  Filipów, a teraz wszyscy mi wmawiają, że tego meczu wcale nie było! Nie wszystko pamiętam, ale że na meczu byłem to tego jestem pewien. Prawda, że pora była dość późna, bo około dwudziestej drugiej, warunki też nie za bardzo, bo śnieg mróz i ciemno, ale przecież ostro kibicowałem, gardło zdzierałem przez całe półtorej godziny.
Kibiców nie było za dużo, prawdę mówiąc, to chyba tylko ja jeden, nie licząc jakiegoś psa włóczęgi, który też za bardzo się nie udzielał, bo wyć zaczął dopiero w drugiej połowie meczu, no ale to tylko mnie bardziej zmobilizowało, tym bardziej zagrzewałem chłopaków do boju, śpiewałem i ryczałem wielkim głosem: „ O le,o le, o leeeee, nie damy sieeee, nie damy sieeeeee, Rospuda!!! Rospuda!!!!!” i takie tam inne, normalnie, jak na meczu. Zresztą zaraz dołączyli do mnie kibice z bloków sąsiadujących z boiskiem. Mróz był wielki, a i ludzie jakoś ostatnio strasznie leniwe się zrobili, więc bynajmniej nie przyleźli na trybuny tylko wrzeszczeli z okien i balkonów. Mecz musiał być bardzo zacięty i chyba chłopakom nie bardzo szło, bo pamiętam, że leciały tam wyrazy powszechnie uważane za obraźliwe takie jak na przykład: „Ty skurwysynie! Żeby ciebie szlag trafił! Ty chuju!!! Ty pedale!!! Mordo zakazana! Ze też takiego gnoja jeszcze nikt nie zabił!?” Czując takie wsparcie za plecami zacząłem się drzeć, śpiewać i szaleć w dwójnasób. Nie bardzo to chyba naszej drużynie pomogło, bo ludzie zaczęli rzucać nie tylko słowami, ale i przedmiotami. Od bloków do boiska parę metrów jest, więc nie bardzo im się te rzuty udawały, wszystko lądowało gdzies w mojej okolicy. Z tego co pamiętam, to wylądowało parę doniczek z kwiatami, w tym jedna pelargonia, jakieś wałki do ciasta, dzbanki, wazony, butelki, żelazko i wszelakie inne paskudztwo,  co komu pod rękę wpadło. Bardzo źle musieli chłopaki grać, bardzo źle. No ale z drugiej strony, czego od nich wymagać? W takich warunkach? Zresztą, gdyby dobrze grali, to by biegali gdzieś w Madrycie, albo Barcelonie, a nie tu, w naszym zapyziałym Filipowie.
Chyba ostatnio jakaś wycieczka do Wilna była, bo wylądowały obok mnie trzy nieduże Matki Boskie Ostrobramskie. Nadleciała też wirując i złowrogo świszcząc jedna większa, taka gdzieś czterdzieści na dwadzieścia centymetrów. Ledwo zdążyłem się uchylić, mało co, a by mi łeb obcięła. No a teraz mi wmawiają, że tego meczu wcale nie było! Jeżeli nie było to dlaczego nie mogłem na drugi dzień głosu wydobyć z gardła, bo taki byłem zachrypnięty? A zresztą mam dowód, że byłem na tym meczu, bo wziąłem sobie jedną Matkę Boską Ostrobramską i powiesiłem na ścianie. Jak kto nie wierzy to niech przyjdzie i zobaczy.
Ale jedna rzecz mnie dręczy. Ni cholery nie mogę przypomnieć, jak się ten mecz skończył. Kto wygrał? Jaki był wynik? Bardzo bym prosił jakiegoś blokowego kibica, żeby mi przypomniał. Będę  bardzo wdzięczen.

Copyright by Markobrodaczo, Fillipów, luty 2012 . All rights reserved.

Brak komentarzy: